Zopiski starego gazdy cd.

Ani się cłek nie łobejrzoł, jako wartko rozajcowo minoła, listopod się zbliżo ku kłońcowi, grudzioj, cyli poniekont Adwentowy miesionc jus na karku, to ji jus kacki i gynsi pozabijane, boć pszecio świotygo Morcina jus beło (11 listopada), a Kosprzycka godała ze:
Na świotygo Morcina  nojlepse: tłusto goś i dzbon wina.
I zabawa, i  chuloj dusa.
Na Morcina jak Kosprzycka zabiuła piyrsom gynś to zafse paczała jako ta gynś jes, jakom mo pierś, bo:
Pierś s Morcinkowe gynsi bioło, to ji  zima bydzie statkowało.

Ze świotym Morcinom to jesce miała takie powiedzonia:
Gdy Morcinowo gynś f wodzie Boze Narodzonie f lodzie, lebo na łodwrot,
     Gdy wiater łode połdnio f wilijo Morcina, bydzie lekko zima.

No Morcina jus momy za sobom, a jus se myślim ło zblizajoncym się casie chulanek, bo tero jus mozno hulać do zopust, cyli do postu, cyli do środy popielcowe. Co inksego downi, zacynali potajcofki f chałupak f świotom Katarzyne to jes 25 listopada, a kłońcyli ło pu nocy s soboty na niedziele pszet Adwyntom, i hulali bo Kosprzycka godała tak ze:
 „śfioto Katarzyna kluce pogubiuła, śfioty Jyndrzyj kluce znaloz i skrzypecki zamknoł zaroz”
bo to pszecio
    „świoto Katarzyna Adwynt zacyno, ale świoty Jyndrzej jesce mondrzej, cyli jus na gienałt kłoniec hulanki i picio gorzołecki, cza się zaconć beło umortfiać, pościć”
i skłońcyło sie ze:
świoty Jyndrzyj grzychom, a Kaśka śmiychom;
     bo pszecio świoto Katarzyno, Adwynt zacyno.

Ale listopod mioł jesce f sobie cosik jennego, na co wyglondały młode dziywki, ano s utynskniyniom cekały na wiecor Jyndrzyjowy, bo ftedy se wrozyły, a to loły wosk pszczeli, a musioł być tegorocny, cyli loły rostopiony wosk pszes dzoirke łot kluca, a kluc musioł być łot izby, a to  piekły takie małe placki s zytnie mołki umielone f zarnowce,  ale cza beło kryncić f drugom strone,cyli f lewom, i co poniekont beła sztuka umleć, bo kamiyj młyjski beł specyjalnie pokuty, cyli beł taki specyjalny łoskard, i  cza beło tak troski po łuku nakuwać te kamionie młyjskie, i tak ton co beł nieruchomy na spodzie mioł takie łuki , ze jak by sie krociuł f prawo to by zabiyroł do środka  zboze, ale ze łon beł nieruchomy, to tys te naciyncia spełniały inksom role. Wozne beło coby nie pomylić sie i nie nakuć źle gornygo kamionia, musioł być tako samo nakuty jak ton dolny, jak lezeli koło siebie, i ftej kiej sie go połozyło na wiyrchu, to wyglondało tak ze jedon pokuty beł f prawo a drugi f lewo, a to dlotygo ze ziorka fpodały f te rowecki i jak sie krynciuło f prawo to ziorko sie krusyło i coros bardzi zblizało sie do kraja. To tys lotygo beło sztukom umleć zbozo krynconć f lewo, bo jako by paczeć to nijako zboze nie kciało wylatywać na skraj, ino pchało sie do środka  tymi rofkami.

No ale jak jus ktoro miała  jus gorść umełtego  zyta, to, to musiała zarobić ciasto, coby upiyć takom małom gomułke, a zeby mieć ciasto cza mieć wode, a ło tom wode to nie beło trunno, gorzy jom beło przyniyś, bo cza jom beło f wiaderku nabrać ze studni i potym  przyniyś telo wody coby dobre ciasto zrobić, coby nie zbyło i coby nie brakło do te mołki. Problym s wodom polygoł na tym ze cza jom beło nabrać gymbom s wiaderka i f gymbie przyniyś do chałupy i wloć do tyj zytnie mołki, wyrobić placek i upiyc.
Kiej jus te placki beły upiecone, a kłozdo wiedziała ktory jes jyj, to fpuscały do chałupy wygłodniałego psa i cyj placek porwoł to ta poniekont miała scynście, a nojwiokse to ftej jak  pies  chapnoł i zezar  zaros placek, bo licyła ze pewnikom po Nowym Roku  nie bydzie jus pannom, tako samo jak pies s plackom polecioł f pole, to tys mogła licyć na wartkie wydanie, nojgorzy jak psiucha wjechała pod łosko, bo ftej groziuła śmierć właścicielce placka.

Beło tys wrozenie s misek, kładły dziywki trzy miski na stole do gory dnom i pod jenno fkładały rute,  lebo miyrt, pod drugom rozaniec, a pod trzeciom pieścionek złoty, i łobracało sie takom dziywkom co kciała se zawrozyć, łobracało sie niom, a potym s pomiysanyk misek wyciongała;  jak rozaniec to bydzie zokonnicom, jak miyrt, lebo rute,  to bydzie starom pannom, a jak pieścionek to wartko bydzie wesele.
I jesce łotuchy dodawały i kołki f płotak, co go to wiecor licyły, a jak kciały wiedzieć s ktore strony bedzie mieć chłopa to wiecor nasuchiwały s ktore strony usłysy piyrse scekanie psa…… hej

No, ale coby syćkie wrozby sie spełniuły i miały tom carownom moc, cza beło pościć cały, caluśki dzioj…… hej

stary gazda cdn…..

Nasz Bohater – odcinek 8

Dalsze epizody związane z osobą kpt. Tadeusza Paulone .

Historia medalika – część 1

Panią Zofię Posmysz – więźniarkę z obozu kobiecego, którą Tadeusz uczył buchalterii kuchennej – o aresztowaniu „Lisowskiego” poinformowała jej „opiekunka” z SS, o czym pani Zofia pisze w swym opowiadaniu „Chrystus Oświęcimski”:

”…Nazajutrz Aufseherin Franz zjawiła się w pracy wcześniej niż zwykle. Przez chwilę przyglądała mi się badawczo. „Mam nadzieję, że z nim nie korespondowałaś?” powiedziała. Udało mi się wydusić z siebie zdziwienie „Z kim?” oraz wytrzymać przenikliwe spojrzenie. „Z kim? Z tym Tadeuszem, który cię uczył.” Zaprzeczyłam. Zdawało mi się, że uwierzyła. „Nie tak dawno pytał jak sobie radzisz.” Wydawało mi się, że czeka na moją reakcję, a gdy milczałam , dodała: „Na, pass Blo.. auf. Er wurde verhaftet.” (…) Został rozstrzelany 11 października 1943 roku. Dowiedziałam się o tym nie od kogo innego, tylko od samej Aufseherin Franz. Raz jeszcze ukazała mi swą drugą twarz, twarz człowieka. „Schade um den Kerl” powiedziała cicho. To „Schade um den Kerl” zapadło mi w pamięci na zawsze. To była także Aufsseherin Annelise Franz. Potrafiła czasami nie pamiętać, że nosi mundur SS”.

Tadeusz Lisowski – Paulone został rozstrzelany. Wydawać by się mogło, że ten epizod w życiu Zofii Posmysz został zakończony. A jednak nie. Pozostała sprawa medalika, który otrzymała od niego ze słowami: „Strzeż go, donieś do wolności”. Tu rozpoczyna się nowa historia związana z tymi osobami – ofiarodawcą -Tadeuszem, a Zofią, która pragnęła spełnić jego prośbę – donieść medalik do wolności. Oto fragmenty „Chrystusa Oświęcimskiego” dotyczące tej historii: ”…Wiozłyśmy „fasung” z głównego magazynu. Popychając wózek dostrzegłam w pewnej chwili coś, po co się schyliłam. Medalik. Widać jakiś przerażony Zugang zobaczywszy na drodze esesmana, wyrzucił go w popłochu. Po wieczornym apelu obejrzałam medalik. Na metalowym łańcuszku, aluminiowa blaszka z wytłoczonym wizerunkiem Matki Boskiej Szkaplerznej. Przyszło mi na myśl, ze ten łańcuszek mógłby przygarnąć i mój skarb. Wydostałam go zza krokwi, spróbowałam czy zapinka przejdzie przez uchwyt ryngrafiku. Ściągnęłam z łańcuszka medalik. Po chwili jednak, nie wiedząc co z nim począć, w odruchu jakby litości, ponownie nań nawlekłam. Następnie zawiesiłam na szyi.”
I dalej: ”…Ten esesman skorzystał z okazji, że Aufseherin Franz wyjechała na obiad, aby wtargnąć do brotkamery. Wpadł do baraku z wrzaskiem „antreten” zaczął przetrząsać najpierw szuflady w jej kantorku, następnie półki z chlebem, wreszcie, gdy nic nie znalazł, rozkazał stojącym w szeregu więźniarkom pokazać ręce, odsłonić nadgarstki i szyje. Poczułam ziębnięcie twarzy i drobniutkie, obrzydliwe szczękanie zębów. „Zdjąć” rozkazał. Podniosłam ręce, dłonie jednak drżały, nie mogłam uporać się z zapięciem. „Los, runter damit!” ponaglił. Wtedy podbiegła Marta. Czułam na karku jej palce. A potem zobaczyłam. Zobaczyłam wpadający do worka łańcuszek. Tropiciel biżuterii odszedł, a ja wciąż siedziałam na ziemi. Nie na wszystko, jak mi się zdawało, byłam gotowa. Marta pomogła mi wstać, wprowadziła do kantorka. „Masz” wyciągnęła rękę. Na jej dłoni leżał medalik. Mój, z głową Chrystusa. „Jak? Jak to zrobiłaś?” Tylko tyle zdołałam z siebie wykrztusić. „Zsunęłam go z łańcuszka. Do worka trafił drugi”. Cud? Odżyła w pamięci chwila, gdy z błota Lagerstrasse podniosłam aluminiową blaszkę z wizerunkiem Matki Boskiej Szkaplerznej. Czy nie dlatego tam się zalazł, prawie pod moim butem, aby ocalić moją bezcenną pamiątkę, Oświęcimskiego Chrystusa? Do końca mojego pobytu w Birkenau, a i później, w Ravensbruck i Neustadt Glewe przechowywałam medalik a to w zakamarkach odzieży, a to w bucie, czasami w ciasno upiętych włosach, a raz, podczas szczególnie dokładnej rewizji w ustach. Doniosłam go do wolności. I zachowałam do dzisiaj.”

Na tym jednakże nie kończy się historia medalika. Pani Zofia była dociekliwa i postanowiła poznać bliższe okoliczności jego powstania. Kto i kiedy go wykonał – i to w Oświęcimiu? Jak trafił do rąk Tadeusza i dlaczego przekazał go właśnie jej z prośbą – „Donieś do wolności”. Rozpytywała więc znajomych więźniów z Oświęcimia, a także jubilerów, jednakże – zdaje się – bezskutecznie. Wszystko jednak ma swój czas. Po sześćdziesięciu latach – na prośbę kustosza muzeum Auschwitz-Birkenau – pani Jadwigi Dąbrowskiej – przyjechała znów do Oświęcimia, by wziąć udział w nagraniu filmowej relacji z pobytu w karnej kompanii w Budach. I oto dalsza relacja pani Zofii:

cdn.

Stanisław Wcisło

„Być od dziś przedszkolakami…”

 „Być od dziś przedszkolakami…”, tak zaczęli swoje przyrzeczenie mali przedszkolacy Publicznego Przedszkola Samorządowego w Tymbarku, którzy dzisiaj mieli  swoją bardzo ważną uroczystość i pierwszy publiczny występ.
 Prawie połowa, bo aż 41 dzieci, złożyło ślubowanie. Uroczystość jest jedną z corocznych imprez, która na stałe wpisana jest w kalendarz przedszkola. Dla maluchów było to ogromne przeżycie. Z tej okazji wraz z nauczycielkami przygotowały krótką część artystyczną. I zaśpiewały!!! I zatańczyły!!! Może troszkę zapłakały,   ale przecież to oznaka wrażliwości.
Przedszkolakom wielu radosnych chwil i zabaw w gronie koleżanek i kolegów życzy  Dyrekcja oraz Grono   Pedagogiczne Przedszkola
Do życzeń dołącza się również portal tymbark.in
« 1 z 2 »

zdjęcia: archiwum Przedszkola

Nasz Bohater – odcinek 7

Aresztowanie – rozstrzelanie

Kapitan Tadeusz Paulone – Lisowski został aresztowany. W jaki sposób gestapo poznało właściwe nazwisko „Lisowskiego”, nie jest wyjaśnione jednoznacznie. Jedni twierdzą, że był to przypadek – jakiś więzień, pochodzący z okolic Limanowej, poznał go i w okrzyku powitalnym zawołał: ”Paulone! Co ty tu robisz?” Usłyszał to jeden z SS- manów i wiadomość przekazał gestapo, które aresztowało Tadeusza, od wielu miesięcy poszukiwanego.

Ludwik Kowalczyk – więzień oświęcimski numer 121336, który w tym czasie pracował w obozowym szpitalu jako pielęgniarz, w swym „Kompendium o Oświęcimiu”, w rozdziale „Szpicle”, na str. 36, pisze: „Olpiński zadenuncjował Lisowskiego z Tymbarku, który był członkiem organizacji podziemnej w Auschwitz („Paolone”). Odbyło się to tak: Boger powitał Lisowskiego w bunkrze słowami: „Guten Abend Herr Leutnant Paolone”, po czym Lisowski został rozstrzelany.” W trakcie dalszego opisywania życia w obozie podaje: „W połowie września 1943 roku aresztowano 74 polskich oficerów z HKB – Rudolfa Diem, Ksawerego Dunikowskiego, Władysława Fejkiela, Stefana Frolicha (kapo z Schreibstuby), Edwarda Hulka, Kazimierza Kowalczyka, Hermana Langbeima, Henryka Sokołowskiego, Ludwika Worla, Paula Wienholda. Tadeuszowi Lisowskiemu udowodniono, że był zawodowym oficerem Wojska Polskiego i że się nazywa Paulone.  11 października 1943 wywołano tych więźniów na apelu i rozstrzelano na bloku 11.”

Natomiast Ludwik Rajewski – również więzień Oświęcimia – opisuje śmierć kapitana Paulone w swej książce „Oświęcim w systemie RSHA” – na str. 111: „Sprawa wojskowych w Oświęcimu : 25 września 1943 r. w sobotę, po apelu wieczornym wyczytani zostali przez blokowych różnych bloków więźniowie, których zaprowadzono przed kuchnię. 43 ludzi, pełnych wzruszenia , niespokojnych o swój los. – Polityczny oddział w obozie – to zły znak – to na pewno śmierć.- Oskarżenie wypłynęło od Bogera.- Krwawy zbir rzucił pod adresem tych ludzi oskarżenie, za które grozić mogła tylko śmierć. Oskarżeni o spisek wojskowy wewnątrz obozu. Płk Dziama, płk Gilewicz, mjr Bończa i kapitan Lisowski – Paulone, jako główni oskarżeni byli zamknięci tydzień wcześniej – a teraz pozostałych zamykali do bunkra, by rozprawić się jak należy (płk Stamirowski, adw. Szumański, kpt. Keler i wielu, wielu innych). – Śledztwo trwało 16 dni – 16 dni męki i świadomości, że stąd się nie wraca.- Pamiętam słowa wyryte w celi 18-ej, celi śmierci: „Ci, którzy weszli tutaj porzućcie wszelką nadzieję”. Piekło było przez te 16 dni.- Ile to razy wyciągały te zbiry naszych towarzyszy i prowadziły pod „ekran”.- Nie wszyscy byliśmy przesłuchiwani. Zbyszek Mosakowski (był tydzień w obozie), Karol Karp nr 626, Antek Szczulak, Henryk Kalinowski i wielu innych, bez przesłuchania, bez badania poszli pod ekran 11 października (Ekran – podobny do kinowego tylko czarny pod tą ścianą rozstrzeliwań. Tylko przypadek zrządził, że nas dwunastu zostało zwolnionych – dlaczego – trudno powiedzieć. Przecież szło zbirom o zniszczenie inteligencji polskiej, ewentualnych kierowników – przypuszczalnej samoobrony więźniów. I tak 11 października , miedzy godziną 10,20 a 11, gdy los nasz jeszcze niepewny, gdy kilku z nas czekało w politycznym, dokąd prowadzono z bunkra – nasz los jeszcze niepewny – w tym czasie rozprawiali się w krwawy sposób z ludźmi nieprzesłuchiwanymi, których winą mogło być tylko to, że byli Polakami. Inni przesłuchiwani: jak Gilewicz, Woźniakowski, Szumański, Lisowski-Paulone – bronili się tak samo jak i my przed zarzutem spisku wojskowego – ich odpowiedzi i wyjaśnienia były bez znaczenia. Sprawa zanim powstała była przesądzona.- Wyrok śmierci na kilkudziesięciu ludzi – to gwarancja spokoju w obozie.

Jako pierwsi szli pod ekran płk Dziama i kpt. Tadeusz Lisowski – Paulone. Szli jak przystało na żołnierzy. Gdy podeszli pod ekran, Dziama zwrócił się do katów – wykonujących wyrok śmierci, Steiwitza i Mauzena z prośbą o niestrzelanie w tył głowy z „wiatrówki”, lecz jak do żołnierzy z pistoletów i prosto w twarz. Widać docenili odwagę tych żołnierzy, bo uwzględnili ich prośbę. Paulone jeszcze krzyknął: „Niech żyje Wolna i Niep… i to było ostatnie jego słowo. Zginęli jak żołnierze, jak wierni synowie Tej, co nie zginęła”.

W kilka tygodni później po rozstrzelaniu, 20 listopada 1943 r., w obozie sporządzono akt zgonu Tadeusza Lisowskiego, w którym wpisano: „Tadeusz Lisowski, syn Franciszka Lisowskiego i Julii Lisowskiej, z domu Homa, ur. 23 lipca 1909 r. w Krzywczycach koło Lwowa, zmarł 12 października 1943 r. na zapalenie opłucnej i płuc, co stwierdził doktor medycyny w Oświęcimiu (podpis nieczytelny).” Akt przesłano do wiadomości rodzinie Tadeusza Paulone, a z Gestapo odebrała go Roma Sygnarska. Tak zakończył swą ziemską wędrówkę jeden z naszych bohaterskich rodaków – gorący patriota, który świadomie złożył na ołtarzu Ojczyzny najcenniejszy skarb – własne życie, dając w ten sposób przykład innym, jak należy żyć i postępować, w imię wyższych idei oraz wspólnego dobra, jakim jest Ojczyzna.

Stanisław Wcisło

cdn.

Dyskusje polityczne

W Sejmie dzisiaj expose, a w Tymbarku 115 lat temu…

Publikujmy dzisiaj kolejny materiał z zasobów cyfrowych zapisów archiwalnych wydań gazet, które znajdują się w polskich bibliotekach. Materiały dotyczące Tymbarku wyszukał  Pan Janusz Guzik, który następnie udostępnił je naszemu portalowi, za co serdecznie dziękujemy!

Publikowane już były:

http://tymbark.in/oferta-pracy-zlozona-starostwom/

http://tymbark.in/dramatyczna-burza-nad-tymbarkiem/

Irena Wilczek-Sowa

Głos Narodu

Materiał z zasobów Jagiellońskiej Bibiloteki Cyfrowej

 

Nasz Bohater – odcinek 6

Przerzut – wpadka – więzienia – Oświęcim

Przerzut ustalony został przez granicę w Szczawnicy – w marcu. Tam też zameldował się Tadeusz – w określonym miejscu i ustalonym terminie. Początek wyprawy odbywał się bez żadnych przeszkód. Dalej los mu nie sprzyjał. Ledwie zdążył przekroczyć granicę w Szczawnicy i wszedł na teren Słowacji zatrzymany został przez tamtejszą, współpracującą z Niemcami policję. Po zatrzymaniu policja natychmiast powiadomiła placówkę gestapo w Nowym Sączu i wkrótce w Muszynie nastąpiło przekazanie Tadeusza i jego towarzyszy przez policję słowacką funkcjonariuszom gestapo. Ci przewieźli ich do swej siedziby w Nowym Sączu, gdzie przez pewien czas byli przesłuchiwani i torturowani. Tadeusz był jednak odporny. Mimo różnych metod tortur i upokorzeń nie uległ , nie zdradził nikogo i nie ujawnił powiązań organizacyjnych. Śledztwo spełzło na niczym, podjęto więc decyzję przewiezienia go do Tarnowa, gdzie osadzono w więzieniu i nadal prowadzono śledztwo. Jednakże i tu nie załamał się i nie zdradził nikogo. Uznano go więc za osobę niebezpieczną i wysłano do nowopowstałego obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, gdzie otrzymał numer 329. Był jednym z pierwszych więźniów i jednym z pierwszych działaczy konspiracyjnych walczących w obozie o wolność Ojczyzny.

Po otrzymaniu informacji, że Tadeusz znajduje się w więzieniu, Roma pisała listy i wysyłała paczki do więzienia w Tarnowie oraz czyniła starania o uwolnienie narzeczonego, o czym również wspomina w swym liście do jego matki: „Już były możliwości wyciągnięcia go stamtąd, gdy pewnego dnia wywieźli ich. Nikt nie wiedział gdzie – po prostu musieli opróżnić więzienie – zrobić miejsce dla innych. Dopiero w sierpniu otrzymałam list z nowoutworzonego obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu – od Tadzia, który stał się Nr 329.”

W opracowaniu „Księga Pamięci. Transporty Polaków do Kl. Auschwitz z Krakowa i innych miejscowości Polski Południowej” T.I. (Warszawa-Oświęcim 2002), na str. 96 i 97 znajduje się opis pierwszego transportu. Oto krótki jego fragment: „Punktem zbornym dla więźniów przywiezionych pierwszym transportem było więzienie w Tarnowie. Sprowadzono ich tam głównie z więzień: Montelupich w Krakowie, „Palace” w Zakopanem, „na Zamku” w Rzeszowie, z więzień w Jarosławiu, Sanoku, Nowym Sączu, w Nowym Targu, Wiśniczu Nowym. W wymienionych więzieniach i aresztach więźniowie – zwłaszcza podejrzani o nielegalną działalność polityczną i przechowywanie broni – poddani byli w czasie przesłuchań okrutnym torturom. 14 czerwca o świcie wyprowadzono więźniów przed łaźnię i po kilkakrotnym przeliczeniu uformowano 100-osobowe kolumny, po czym poprowadzono w kierunku dworca kolejowego, pod liczną i dobrze uzbrojoną eskortą policji niemieckiej. Ulice Tarnowa były puste, gdyż już wcześniej przygotowano je do przemarszu transportu. W celu zastraszenia mieszkańców Tarnowa policjanci strzelali do okien, w których dostrzegli ukryte za firanką twarze. Około godziny 9 pociąg ruszył w kierunku Krakowa. W Krakowie dotarła do więźniów wiadomość o upadku Paryża. Przygnębieni tą wiadomością, niepewni swego losu, zmęczeni tłokiem i upałem, więźniowie z rezygnacją oczekiwali końca podróży.”
Wśród nich był także Tadeusz Paulone – pod fałszywym nazwiskiem Tadeusz Lisowski z Krzywczyc k/ Lwowa.

Przyjęcie do obozu i towarzyszące mu „formalności” zapewne są znane i nie ma potrzeby ich opisywania. Dość, że po ich zakończeniu Tadeusz, jako dobrze znający język niemiecki, otrzymał funkcję „kapo” kartoflarni. Kapo w obozach niemieckich pełnił funkcję szefa, czy kierownika jednostki administracyjnej obozu. W opinii większości więźniów był to ktoś podły, wykorzystujący funkcję dla własnej wygody oraz współpracujący z Niemcami. Inaczej było jednak jeśli chodzi o Lisowskiego. W artykule pt. „Bohaterska śmierć przywódców org. Wojskowej w obozie oświęcimskim”, zamieszczonym w Ilustrowanym Kurierze Polskim, z dnia 20 marca 1947, jest także wzmianka, że Lisowski był kapo. Mówi o tym świadek z procesu Hessa – Alfred Woycicki z Krakowa: „Był on capo. Nazwa ta, która stała się uosobieniem czegoś nikczemnego, tutaj znalazła swoje najszlachetniejsze uosobienie.”
„Kartoflarnia”, w której pracował Lisowski – Paulone, zajmowała się magazynowaniem, obieraniem i wydawaniem ziemniaków dla potrzeb kuchni obozowej. Ilość więźniów zatrudnionych w kartoflarni była różna – w zależności od ilości więźniów w obozie. W pewnym okresie wynosiła ona nawet 250 osób. Praca w kartoflarni była stosunkowo lekka a co najważniejsze – „pod dachem” – tak pisze w swym liście p. Roma.

Po otrzymaniu w 1941 wiadomości, że Tadeusz trafił do Oświęcimia, narzeczona znów podjęła starania o jego uwolnienie, o czym pisze w cytowanym liście: „Zaczęłam więc starania, woziłam mąkę i różne produkty co dwa tygodnie do Krakowa, aby za każdym razem dowiedzieć się, że już niedługo. Tak się ciągnęło pół roku i gdy już zaczęłam tracić nadzieję, że to przyniesie skutek, całe biuro zostało zamknięte. Okazało się, że była to szajka oszustów, która na spółkę z Niemcami wyłudzała od ludzi pieniądze. Biedniejsi, jak ja, niewiele stracili, ale bogatsi popłacili do 200.000 zł. I tak rozwiała się jeszcze jedna nadzieja.” Pani Roma jednak nie zrezygnowała i przystąpiła do dalszych działań: „Wyszedł wreszcie z obozu jeden pan (złapany na ulicy). Polak, brat jednej Volksdeutscherki (Polka, która przyjęła obyw. Niemieckie), która pracowała w Starostwie w Dębicy i była narzeczoną wysokiego urzędnika policji niemieckiej, a którą przez pracę w Zarządzie gminy znałam. Zaraz, gdy go złapano napisałam do Tadzia, że bardzo pozdrawia go p. Jóźlik Niedziela. Ponieważ on takiego pana nie znał, zrozumiał, że ma go tam szukać. Gdybym napisała inaczej, cenzura byłaby to wycięła, a jemu – nie mnie – za karę coś okropnego wymyśliła. Tylko w ten sposób było to możliwe. Jak się później dowiedziałam Tadziu od razu rozpoczął poszukiwania. Znaleźć kogoś w tłumie 66.000 numerów, to jednak było sztuką. Nie mniej jednak Tadzio, który był starszym wypytywał się wszędzie o kogoś takiego. I wreszcie dowiedział się, że taki pracował przy budowach (był z zawodu sędzią) , ale jest obecnie chory na tyfus. Idzie więc do niego, sprawdza czy nazwisko się zgadza i mimo iż tamten był prawie nieprzytomny rozpytuje go. Naturalnie tamten mnie nie znał, ale po długich gadaniach porozumieli się na tyle, że p. Niedziela ma siostrę w Dębicy i po tym zrozumiał, że to o niego właśnie chodziło. Od razu zorganizował pomoc. Postarał się o lekarzy, ponieważ pracował w kuchni zaczął go w miarę możności odżywiać i wreszcie tamten stanął na nogi. Wyraźnie po wyjściu powiedział, że swoje życie zawdzięcza Tadziowi. Gdy więc po 6-ciu miesiącach udało się siostrze go wyciągnąć przywiózł mi Tadzia pierścionek, zegarek (który dałam potem Marianowi) i wiele wiadomości.

Podał mi w jaki sposób mam się o niego starać. Otóż należało pojechać do Lwowa  (który znów był w rękach niemieckich) i zrobić tam „lewe” papiery na nazwisko Lisowski i na nie się starać. Pojechałam wtedy do Pani bratowej, bo ona lepiej lwowskie stosunki znała, ale jakoś nie udało się nic zrobić. Było to w jesieni 1942 roku. Nie umiałam sobie znaleźć miejsca, no ale nie było rady. W grudniu 1942 r. został za nieposłuchanie rozkazu zamknięty mój znajomy Bronisław Budyn i po tygodniu wywieziony do Oświęcimia. Gdy przychodził transport wszyscy starsi przychodzili szukać swych znajomych i Tadek od razu go odnalazł i znanym sobie sposobem napisał do mnie, że przesyła serdeczne pozdrowienia dla Bronka Budyna. Od razu wiedzieliśmy, że się odnaleźli i że p. Budynowi też już będzie lepiej. Miał bardzo bogatych znajomych, którzy wydali chyba pół miliona, aby go ratować. Nie mniej jednak jakoś nie szło. Aż zmieniono im szefa Niemca i ten nowy okazał się jednak człowiekiem, mającym do tego wysokie znajomości w gestapo. Postarał się o zwolnienie go i czekaliśmy tylko na formalności czysto administracyjne do zobaczenia go. Razu pewnego powiedziano temu Niemcowi, że p. Br. Budyn żyje jeszcze tylko dlatego, że ma tam postawionego znajomego, który jest w kuchni i który mu pomaga, a on zainteresował się tą sprawą, popytał się w Gestapo i podjął się Tadzia zwolnić. Na gwałt już wtedy trzeba było robić za każdą cenę papiery, bo sprawa mogła się wysypać. Od maja pracowałam w Krakowie w firmie, a wieczorami w naszej tajnej organizacji A.K. Byłam mianowicie sekretarką Komendanta miasta więc do niego udałam się po ratunek. On porozmawiał gdzie trzeba i w jakieś dwa tygodnie miałam listy polecające do tej samej organizacji we Lwowie tak, że bez trudności prawie 20 września 1943 r. wydostałam formularze metryk z parafii Krzywczyce we Lwowie, a następnie pojechałam do Krzywczyc i o dziwo dowiedziałam się, że jakiś Lisowski tam kiedyś mieszkał. Dorożkarz, który mnie tam zawiózł i jeszcze jeden osobnik potwierdzili to (wszystkie papiery w gminie były zniszczone i ustalało się to na podstawie świadków), że taki się tam urodził i do 1939 r. mieszkał i w ten sposób miałam dokumenty. Wracam do Krakowa i wszystko oddaję temu Niemcowi, który teraz twierdzi, że zwolnienie Tadeusza jest kwestią prawie tygodni. Ale wraca list, który jak dotychczas co dwa tygodnie Tadziowi wysyłałam, z napisem, że wzbraniają doręczenia. Od razu wiedziałam, że jest źle. 28 października 1943 wraca p. Br. Budyn i przywozi Tadeusza książeczkę do nabożeństwa i medalik, który Tadeusz, jako bardzo pobożny, zawsze przy sobie nosił, oraz mówi mi, że Tadeusz jest bardzo chory, ale jest nadzieja na wyleczenie (Po prostu nie powiedział mi, bo wiedział, jak bardzo kochałam Tadzia i wszyscy bali się, że załamię się wiadomością o jego śmierci). Dopiero w styczniu 1944 r. powiedział mi co się właściwie stało, już wtedy gdy mnie wezwano na Gestapo, aby mi donieść, że Tadeusz Lisowski zmarł na zapalenie płuc.”

To były relacje p. Romy, jakie w liście przekazała matce Tadeusza. Także z innych źródeł wiemy, że w obozie – podobnie jak na gestapo i w więzieniu – Tadeusz nie uległ załamaniu, lecz nadal starał się walczyć o Wolną i Niepodległą Polskę. Szukał więźniów o podobnych poglądach, by wspólnie działać i walczyć konspiracyjnie – mimo, iż byli za drutami, bez broni oraz otoczeni zewsząd „stróżami” i „uszami” wrogów. Dość szybko nawiązał kontakt z więźniami – byłymi oficerami Wojska Polskiego, którzy również pragnęli tego samego i dążyli do założenia tajnej organizacji zbrojnej. Jednostka taka powstała w lutym 1941 r., a jej oficjalnym założycielem, a zarazem komendantem był płk Kazimierz Rawicz. Struktura organizacyjna tej jednostki była podobna jak w normalnych jednostkach wojskowych, z zachowaniem stopni oficerskich. W „sztabie”, jaki został utworzony znalazł się również i kapitan Tadeusz Lisowski – Paulone.

Oto co na ten temat pisze Adam Cyra w swej książce „Ochotnik do Auschwitz Witold Pilecki” – (Oświęcim 2000), na str. 81: „Ppłk Rawicz był przed wojną dowódcą 62 pułku piechoty w Bydgoszczy. W obozie więziono oficerów zawodowych i rezerwy, a także działaczy politycznych, którzy byli jego znajomymi z czasów wolności. W oparciu o nich utworzył on w lutym 1941 r. zręby ZWZ w KL Auschwitz. Do więźniów tych należeli m.in.: ppłk lotnictwa Teofil Dziama (nr 13578), kpt. Tadeusz Paolone (w obozie pod nazwiskiem Lisowski (nr 329), mjr Zygmunt Pawłowicz (w obozie pod nazwiskiem Julian Trzęsimiech, (nr 9321), Bernard Świerczyna i Alfred Stossel.” – zaś na str.92: „Ważnym miejscem działalności ZOW była także kartoflarnia. Istniała tutaj możliwość zdobycia dodatkowej żywności, a praca należała do lekkich. W komandzie tym pracowało wiele wybitnych przedstawicieli inteligencji polskiej. Funkcję kapo pełnił w nim członek ZOW, kpt. Tadeusz Paolone – Lisowski. Powierzono mu dowództwo trzeciego „batalionu” i miał pod swoją komendą zaprzyjaźnionych konspiratorów z bloku 19 i 26, z kuchni obozowej oraz personelu z bloku 20,21 i 28.”

Działalność tej grupy konspiracyjnej trwała dość długo, bo aresztowania nastąpiły dopiero we wrześniu 1943 r. Jeszcze w końcu kwietnia 1943 r. ”Lisowski”, wraz z siedmioma innymi więźniami wysłany został, do obozu koncentracyjnego w Dachau, na kurs „prowadzenia księgowości kuchni” (wykaz wysłanych na kurs w załączniku). Po powrocie zaś z kolei on udzielał instruktażu młodej więźniarce z obozu kobiecego Auschwitz – Birkenau – Zofii Posmysz, która szczegółowo opisała to wydarzenie w swym opowiadaniu „Chrystus Oświęcimski”, (zamieszczonym w kwartalniku literackim „Wyspa” – marzec 2008).

Oto wyjątki z tego opowiadania:
„Tego pamiętnego dnia Aufserherin Franz wkroczyła do kuchni nie sama. O krok za nią szedł więzień. Zatrzymała się przy moim biurku…powiedziała: Ten więzień nauczy panią prowadzenia księgi…. Siedzieliśmy więc pochyleni nad księgą, głowa przy głowie, w bliskości urągającej regulaminowi, nie do pomyślenia tutaj, z innego świata pamiętanej. Nie rozmawialiśmy, obecność czujnej kapo Berty kazała mieć się na baczności. Jedno, drugie szybkie spojrzenie na nauczyciela zanotowało twarz o twardych, wyrazistych rysach, osadzonych głęboko oczach, uważnych, ale i dobrych. No i numer na pasiaku. Trzycyfrowy: 329. Raz i drugi, kiedy nasze spojrzenia się spotkały, zobaczyłam w jego oczach uśmiech zachęty jakby, a może otuchy? Wodząc palcem, ostentacyjnie chyba, po kolumnach cyfr, „to wpisujesz tutaj, a to tutaj”, potrafił przekazać mi wyjaśnienie jego niezwykłej obecności….Zdołał też, miedzy jednym a drugim zapełnieniem strony cyframi, zapytać „skąd jesteś i za co tu trafiłaś?” Gdy usłyszał, że za ulotki, powiedział „to pięknie”, co wydawało mi się dziwne, a nawet przesadne wobec powodu tak błahego w porównaniu z posiadaniem broni czy choćby radia. Niepostrzeżenie przyszło południe, godzina, gdy Franz udawała się na obiad. Przejrzała wyniki pracy. „Also wir gehen”, powiedziała. Czy coś rzekł na odchodnym, zrobił jakiś pożegnalny gest? Nie pomnę. Patrzyłam w ślad za nimi, gdy przez długą halę kuchni podążali do wyjścia. Tadeusz. Tak miał na imię, tyle zdążył powiedzieć mi o sobie. Nie wiedziałam wówczas, że to imię stanie się dla mnie sztandarem na dalsze życie, jeśli jeszcze miało być przede mną jakieś życie. Nie myślałam, że go jeszcze zobaczę. A przecież…”

To było ich pierwsze spotkanie.
„Nazajutrz znów siedzieliśmy obok, w tej nie do uwierzenia, niepojętej bliskości. To był dzień drugi naznaczony pytaniem „czy masz nadzieję stąd wyjść?”, pytaniem, którego ja od czasu karnej kompanii sobie nie zadawałam, zastępując je innym, jak przeżyć następną godzinę? Wprawdzie moja obecna komfortowa wręcz sytuacja dawała prawo do nadziei, jednakże będąc nie tak dawno na rewirze widziałam zmarłe na tyfus prominentki, więc… zrozumiał widać moje wahanie, powiedział „to dobrze”, co zdumiało mnie nie mniej niż wczorajsze „to pięknie”. Spytałam, dlaczego dobrze, i w odpowiedzi usłyszałam słowa przeczące wszystkiemu, co się zwykło mniemać o nadziei. „Tutaj najszybciej wykańczają się ci, co mieli nadzieję, że za miesiąc skończy się wojna, że świat postawi Hitlerowi ultimatum, że alianci zbombardują garnizon SS.” Przed odejściem Franz chciała wiedzieć, czy umiem już dosyć, by podołać stojącemu przede mną zadaniu. Odrzekłam, że chyba sobie poradzę, co zagadnięty z kolei mój nauczyciel potwierdził: „Jasne, że sobie poradzi, pozostały drobiazgi, ale sama się z tym upora.”
Tak zakończyło się ich drugie spotkanie. Los jednak był im łaskawy i dzięki niemieckiej dokładności Franz, spotkali się po raz trzeci.

Jak się okazało, było to najważniejsze spotkanie.
„I tak nastąpiło trzecie a zarazem i ostatnie widzenie. I to pytanie zadane w trakcie przeliczania Lagerstarke na kaszę, na mąkę, czy na cukier. „Wierzysz w Boga?” Pamiętam, że się żachnęłam: Jak można pytać? W którymś z kotłów świszczała para, biegły do niego kucharki, krzyczała kapo, słyszałam to jakby przez watę w uszach, ale jego słowa były aż nadto wyraźne. „Bo wielu uważa, że jeśli jest możliwe coś jak Auschwitz…” nie dokończył. Lecz to było wystarczająco przejmujące. Przypomniały mi się słowa matki: „Jeżeli na świecie jest zło, to pochodzi od szatana, nie od Boga.” Nie wypowiedziałam ich jednak. Mama była kobietą niewykształconą, a ten więzień, numer 329, mimo błazeńskiej mycki na głowie, wydawał się kimś światlejszym. (…) Koło zagrożonego wybuchem kotła trwała krzątanina, w pobliżu nas nie było nikogo. Na białej stronie buchalteryjnej księgi leżał mały metalowy przedmiot. Medalik. „Weź go na pamiątkę ode mnie. Niech cię chroni. Strzeż go i przenieś go do wolności”.

To były jego ostatnie słowa i ostatnie spojrzenie na Zofię, która medalik ów na blok przeniosła w bucie, by uniknąć wpadki w czasie kontroli. Była bardzo wzruszona. Dopiero – jak pisze dalej – „Na najwyższej pryczy bloku 10, gdzie przez szyby pod sufitem wpadały promienie zachodzącego słońca oglądałam dar, twarz cierpiącego Chrystusa. Bez korony cierniowej na skroniach. Tę, artysta uwieńczył nazwą na odwrocie „Oświęcim”. Wyryta pod nią data „1943” przypomniała mi, że niebawem skończę dwadzieścia lat.”

Tak zakończyło się spotkanie Tadeusza Paulone z Zofią Posmysz – więźniarką numer 7566 – bezpośrednie spotkanie „oczy w oczy”. Kontakt jednakże nie został zerwany. Pozostał inny, możliwy i szeroko stosowany w obozach i więzieniach – grypsy. W opowiadaniu swym pani Posmysz wspomina również i o nich:
„W jego grypsach ani razu nie pojawiło się słowo miłość, ani nic, co by ją choćby sugerowało. Była w nich mowa o górskich ścieżkach, mrocznych ostępach leśnych, o strumieniu i unoszącymi się nad nurtem pstrągami, o pewnym cmentarzu wojennym (…) Nic o uczuciach, choćby sympatii, lub przynajmniej o tym co pisze do mnie, dzieli swymi myślami, w jakimś stopniu się dzieli. Lecz i to co napisał, w zupełności wystarczało. Wtykając zwitek papieru za belkę więźby dachowej szeptałam: „Nie budźcie miłości, dopóki nie zechce sama” – słowa zasłyszane nie wiedzieć gdzie i kiedy. Cóż z tego, że tak naprawdę nic o nim nie wiedziałam? Ani kim był z zawodu, skąd, czy był wolny, czy żonaty. Był. Istniał.(…) tak to było.

Raz jeden pozwoliłam sobie odwołać się do jego podarunku, medalika z głową Chrystusa. Ta twarz przywodziła mi bowiem na pamięć inną, tę Ubiczowanego z Piwnicy Piłatowej w Kalwarii Zebrzydowskiej, w którą wpatrywałam się uczestnicząc wraz z mamą w Pasji Wielkiego Tygodnia. Miałam świadomość, że moje listy, samoograniczające się, lękliwe, nie mogą mu się podobać. A przecież czytał je. I na ten odpowiedział specjalnie. W krótkim dwuzdaniowym grypsie: „Ten ubiczowany z piwnicy Piłatowej i Ten z medalika, mówią jedno: „Bądź wola Twoja. I ty to mów, ilekroć nań spojrzysz.” Ten gryps był ostatni. Essenfarerzy zdejmowali kotły. Władek nie mrugnął na mnie, jak zwykle, gdy miał przesyłkę, ani pokręcił przecząco głową, gdy jej nie miał. Unikał mojego wzroku, wreszcie, tuż przed końcem rozładowywania znalazł sposobność, by się znaleźć w pobliżu. „Lisowski aresztowany. Jest w bunkrze. Zniszcz listy, jeśli je masz”. „Lisowski?” Nie rozumiałam związku ze mną. „Tak, Lisowski, Tadek. Gdy znajdą jego grypsy gestapo wydusi z ciebie, kto je przekazywał. Tu chodzi i o moją skórę, rozumiesz?” Ból. Kociołek, jakoś źle postawiony , upadł mi na nogę. Tej nocy Marta, moja lagrowa siostra, spaliła listy w palenisku kuchennego kotła”.

Stanisław Wcisło

Cdn

Jesienne (już) wspomnienia

Nasz Bohater – odcinek 5

Okupacja – początek tworzenia komórek Ruchu Oporu

W Tymbarku zjawił się pod koniec października i został zatrudniony (fikcyjnie) przez dziedziczkę tutejszych dóbr ziemskich, panią Zofię Turską, na stanowisko gajowego lasów dworskich pod górą Mogielica. To dawało mu dużą możliwość, stosunkowo łatwego i bezpiecznego, kontaktowania się z innymi oficerami WP, z którymi zaczął organizować w terenie tajne komórki ruchu oporu.
W pierwszych dniach stycznia 1940 r., dzięki pracownikom Urzędu Gminy w Tymbarku, a szczególnie Michałowi Macko, Tadeusz Paulone otrzymał nowe dokumenty na nazwisko „Tadeusz Lisowski, urodzony w miejscowości Krzywczyce koło Lwowa, dnia 23 lipca 1909 r.” Na takie też dane Podhalańska Spółdzielnia Owocarska w Tymbarku wydała mu fikcyjny dokument, że jest zatrudniony w niej jako zbieracz ziół i runa leśnego, co stwarzało mu możliwość stosunkowo swobodnego poruszania się w terenie.

6 stycznia 1940 r., w znajdującym się naprzeciw kościoła domu Stanisława Pyrcia w Tymbarku, zorganizowano pierwszą formalną komórkę konspiracyjną, pod przewodnictwem kpt. Tadeusza Paulone.
W jej skład weszli:
kpt. Tadeusz Paulone – ps. „Lisowski „
por. Szymon Pyrć – ps. „Jaskółka”
Władysław Duchnik – ps. „Duchniewski”
Józef Kulpa – ps. „Owoc”
Andrzej Kruczyński – ps. „Horodenko”
Michał Macko – ps. „Ryszard”
Adam Niesiołowski – ps „Gawin”
Franciszek Sojka –ps. „Kajos”
Antoni Surdziel – ps. „Dzik”
Jan Zapała – ps. „Osa”
dwaj bracia Kołowscy (Zbigniew, imię drugiego jest nieznane)- siostrzeńcy żony p. Prökla.

Wszyscy złożyli przysięgę na krzyż, wypowiadając tekst:
„Wobec Boga Wszechmogącego i Najświętszej Marii Panny Królowej Korony Polskiej kładę swe ręce na ten święty krzyż – znak nadziei i zbawienia – i przysięgam być wiernym Rzeczypospolitej, stać na straży Jej honoru i Jej wyzwolenia. Walczyć ze wszystkich sił, aż do ofiary samego życia. Przysięgam – Prezydentowi Rzeczypospolitej oraz Naczelnemu Wodzowi i jego rozkazom oraz wyznaczonemu Komendantowi będę bezwzględnie posłuszny, a tajemnicy niezłomnie dochowam, cokolwiek by mnie spotkać miało. Tak mi dopomóż Bóg!”

Dokonanie tego aktu potwierdzili wszyscy swymi podpisami na tylnej stronie jednego z obrazów religijnych, znajdujących się w mieszkaniu Stanisława Pyrcia.
Tak rozpoczęła się oficjalna działalność Ruchu Podziemia na Tymbarskiej Ziemi. Oczywiście, miała ona miejsce już wcześniej – przecież już 11 grudnia 1939 r., we dworze Zofii Turskiej, major Szyćko, ps. ”Wiktor”, wraz z porucznikiem Janem Cieślakiem, ps. „Maciej”, przyjęli przysięgę od rodziny Zofii Turskiej i niektórych pracowników dworu. Poza por. Zbigniewem Kołowskim, Paulone współpracował jeszcze z kilkoma innymi oficerami z Cieszyna, którzy również działali w tajnej organizacji.

„Posiadali radio oraz wydawali tajne biuletyny” – pisze p. Roma w swym liście do matki Tadeusza, opisując tworzenie podziemnej organizacji zbrojnej, na terenie Beskidu Wyspowego. „Wreszcie przyjechał do mnie ze swoim kolegą Kapura Sergiuszem z wiadomością, że niestety trzeba będzie zostać w kraju i że Tadzio obejmuje do zorganizowania powiat sądecki i za dwa tygodnie tam wyjedzie. Ewentualnie mieliśmy się pobrać i ja miałam przyjechać do niego. W niedzielę ja pojechałam do Tarnowa i dowiedziałam się, że Tadzia już nie ma, że szli kurierzy na Węgry i zabrali się wszyscy z nimi (za kilka dni dostałam od Tadzia pożegnalną kartkę z Krakowa). W ten sam wieczór wrócili z Zakopanego por. Kapara i por. Kołowski, bo okazało się, że wiadomość była fałszywa i oni mają za mało złota. Zebrali co mogli i na drugi dzień wyjechał z powrotem do Tadzia, jednego majora i trzech kurierów, którzy czekali w Zakopanem. Niestety, już ich nie zastali, bo ktoś wydał i musieli wyjść. Po dwutygodniowym błąkaniu się po lasach por. Kołowski i por. Kapura przyszli wychudzeni z powrotem do Tarnowa. (Por. Kołowski wraz ze swym bratem i około 60 ludźmi organizacji tarnowskiej został w październiku 1940 aresztowany i wywieziony do Oświęcimia, gdzie w 1941 r. wszyscy zginęli). Myśleliśmy, ze Tadziowi się udało i czekaliśmy wiadomości z Węgier. Tymczasem 27 maja 1940 r. dostaję kartkę, żeby przyjechać. Otóż okazuje się, że wszystkich złapano na Słowacji. Trzech kurierów, którzy mieli ze sobą różne rzeczy rozstrzelano na miejscu, majora i Tadzia wsadzono do więzienia, z którego wyłamali drzwi i uciekli. Następnie złapano ich i znowu wsadzono, potem przewieziono do Muszyny, Nowego Sącza, Nowego Targu i do Tarnowa.”

Tak przedstawia aresztowanie Tadeusza jego narzeczona, a tak epizod ten wspomina rodzina i jego znajomi z Tymbarku:
Kapitan Paulone działał bardzo aktywnie, jednakże był żołnierzem „ z krwi i kości” i dlatego praca konspiracyjna w ukryciu nie dawała mu zadowolenia. On pragnął walczyć, jak przystało na żołnierza – otwarcie, z bronią w ręku. Postanowił więc przedrzeć się przez kordon graniczny i dotrzeć do tworzącej się Armii Polskiej na Zachodzie, której organizatorem i naczelnym wodzem był generał Władysław Sikorski. Rozpoczyna więc odpowiednie przygotowania – rozpoznanie terenu i możliwości przekroczenia granicy. W lutym robi już osobiste przygotowanie do wymarszu. Znów pojawia się u cioci Kapturkiewicz, która pomaga mu w skompletowaniu ekwipunku. W daszek czapki wszywa prawdziwe dokumenty. Fałszywe natomiast mają mu służyć jedynie „na wszelki wypadek” – w czasie przekraczania granicy Wreszcie nastąpiła najcięższa chwila tak dla Tadeusza, jak i jego najbliższych – chwila pożegnania. Był to moment bardzo czuły, a zarazem bolesny – wszyscy bowiem podświadomie przeczuwali, że jest to ich ostatnie spotkanie. Ciocia, ze łzami w oczach, błogosławiąc go na drogę, czyni znak krzyża świętego na czole i szepce modlitewne błaganie o szczęśliwą drogę, gorąco całuje jego czoło. Tadeusz równie gorąco całuje ręce cioci, dziękując za wszelkie dobro, jakie mu wyświadczyła w życiu i przeprasza za wszystkie kłopoty i zmartwienia, jakie jej sprawiał swoją obecnością i prosi o pamięć w modlitwie. Ciocia wręcza mu jeszcze specjalny kawałek chleba, tzw. „ułomek”, aby mu nigdy chleba nie brakowało (taki jest bowiem zwyczaj w tej okolicy.) Tadeusz ruszył w świat – „w nieznane”.

Stanisław Wcisło

cdn.