Pożegnanie Marka Kawuli
Ś.P. Druh Marek Kawula (1956-2026)
„Zaniyś Go Aniele ponad góry, lasy,
Do nasego Stfórcy, tam, na wiecne casy…”
Żegnaj Druhu, żegnaj Przyjacielu.
Mieliśmy wiele wspólnych dróg…
Najczęściej spotykaliśmy się na tej strażackiej. Twoja trwała od 1980 roku, moja rozpoczęła się dziesięć lat później.
Zawsze można było na Ciebie liczyć, nigdy nie odmówiłeś pomocy. Przez 25 lat spieszyłeś na ratunek, gdy alarmowała syrena. Gdy przychodził czas świętowania, meldowałeś się punktualnie w galowym mundurze i wyglancowanych butach, by z wysoko niesionym sztandarem naszej straży ruszyć na czele kolumny marszowej do tymbarskiego kościoła. Wielkanoc, 3 maja, Boże Ciało, wrześniowy odpust, Zaduszki Strażackie… A ile razy pochylałeś ten sztandar nad grobami naszych Bliskich i Kolegów. Na galowo przychodziłeś też, gdy wyruszaliśmy w pielgrzymią drogę do sanktuariów w Limanowej, Pasierbcu, Łagiewnikach czy Częstochowie.
Zjawiałeś się jednak nie tylko na święta – przychodziłeś też w strażackiej koszarówce, bo była robota przy remizie. A z Tobą pracy szybko ubywało. Od małego chłopca ciężko pracowałeś w gospodarstwie Rodziców, a później przez całe dorosłe życie w miejscowych firmach, by zapewnić byt rodzinie.
Czasem strażackie sprawy musiały zejść na drugi plan, bo zbiegły się ze świętowaniem w Rodzinie, która zawsze była na pierwszym miejscu. Byłeś kochającym i kochanym Tatą i Dziadkiem. Dumny ze swoich Dzieci i Zięciów, uwielbiałeś swoje dziewięcioro Wnucząt. A One uwielbiały Ciebie, bo Dziadek nigdy nie zapomniał o urodzinach, imieninach, a tym bardziej o Pierwszej Komunii. Nawet jako emeryt nadal „chodziłeś” do szkoły i przedszkola – taki miałeś rytm dnia: przywieźć, odwieźć, dopilnować.
Mieliśmy wiele wspólnych dróg…
Czasem dzwoniłem do Ciebie, a Ty opowiadałeś, że jesteś właśnie na „ranczo”, bo trzeba coś posadzić, podlać albo zebrać. Znałeś się na uprawie wszelkich warzyw jak mało kto i chętnie udzielałeś mi rad.
Niejeden raz przysiadałem obok Ciebie na trybunach tymbarskiego stadionu, bo byłeś wiernym kibicem naszego Harnasia.
Jednak najczęściej spotykaliśmy się na cmentarnych alejkach. Często miałeś w ręku świeże, cięte kwiaty. Obydwaj nosiliśmy w sobie głęboko ukryty, cichy smutek po utracie naszych Żon — Ty nosiłeś go bardzo długo, bo Twoją Tosię Pan Bóg zabrał w 2010 roku. Zawsze były z nami. Także podczas strażackich wydarzeń trwały obok, cicho i ofiarnie pomagając.
Mieliśmy wiele wspólnych dróg…
Spoczywaj w krainie życia wiecznego, Marku.
Stanisław Przybylski









