„Gdy kapitonka dzwoni – to burzę rozgoni” – dwusetna rocznica erygowania Kapliczki na Górach
Kapliczka Kapliczka pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny stoi nad torami linii kolejowej TK 104, czyli Galicjanką. Została ona zbudowana w 1826 roku, jeszcze przed wybudowaniem kolei (1884), czyli w swoją dwusetną rocznicę „przeżyje” dalsze zmiany otoczenia, w związku z trwającą modernizacją TK 104 w stronę Chabówki oraz dodatkowo budowanej nowej szybkiej linii kolei do Krakowa.
Kaplica z wieżyczką na sygnaturkę jest murowana z kamienia, otynkowana, kryta blachą. Wewnątrz: strop płaski, ołtarz z obrazem M.B. z Dzieciątkiem – XIX wiek. Założona w 1926 roku przez Sebastiana Kapitana. Wewnątrz obrazy: Veraicon (XVII w.), Matka Boska ze św. Józefem i Marią Magdaleną (ludowy) i Chrystus – pochodzące z. poł. XIX w.
Wpis z kroniki Parafii Tymbark: „Kapliczka, która w Górach istnieje erygowana została w roku 1826 przez
Sebastiana Kapitana. Roku 1838 Wielmożny Pan Antoni Sławikowski, Administrator Dóbr Tymbarku osadził tegoż Sebastiana Kapitana przy tejże Kapliczce. W roku 1848 Jaśnie Wielmoźny Ksiądz Biskup Wojnarowicz, Biskup Tarnowski zwiedzając tutejszą parafię pozwolił aby ta kapliczka istniała, lecz aby
Gromada Góry miała starania o reprezentację, na co przystała Gromada, oraz pozwolił ustnie odprawiać Mszę św. w tejże ile razy potrzeby ludu tego wymagają.”
Z głosem sygnaturki tej kapliczki związane jest przysłowie: „Gdy kapitonka dzwoni – to burzę rozgoni”.
W pięćdziesiątą rocznicę jak Janina Moskalowa rozpędzała burze dzięki dzwonkom loretańskim, jakie znajdują się w „kapliczce na górach” w Gazecie Krakowskiej 31.07.1998 r. ukazał się na ten temat artykuł Andrzeja Zarycha. Pani Janina Moskalowa już nie żyje, ale Jej obowiązki przejął syn, Walenty Moskal wraz z Małżonką.
treść artykułu:
Tymbark ma dzwony, których dźwięk odpędza burze.
Ulubiona wieś Pana Boga
Wszystko w rękach i nogach Janiny Moskalowej, to od niej bowiem zależy czy na Tymbark spadną pioruny, czy nie. Jak się obudzi w czas i zadzwoni, chmury się rozejdą i najwyżej trochę popada. Nie daj Boże, żeby się spóźniła i nikt z rodziny tego nie nadrobił. Burza zatrzyma się w kotlinie między trzema górami: Łopieniem, Zęzowem i Paprocią, a pioruny walą w okolice. Pani Janina od 50 lat nie spóźnia się z interwencją.
Ludzie z okolicznych miejscowości mówią, że Tymbark chyba jest bliżej nieba albo wójt ma tam jakieś znajomości i załatwił sobie kaplicę co odgania burze. Bo niby dlaczego takiej nie ma w Wilkowisku albo Jodłowniku.
– Jest tu od dawna, jeszcze torów nie było – opowiada Janina Moskal. – Ja dzwonię pięćdziesiąt lat. Wcześniej też kobieta opiekowała się dzwonkami.
Może cud, może nie
W Tymbarku nikt nie wie, jak to się dzieje, że gdy tylko Moskalowie zaczną dzwonić w kaplicy przy skręcie na Piekiełko, burza się rozchodzi.
– Czasami to człowiek biegnie co sił w nogach, żeby być jak najszybciej, a przecież dom mamy blisko – pani Janina mimo siedemdziesiątki żwawo się porusza.
– Gdy czuć, że zbiera się na burzę, wypatrujemy, z której góry przyjdzie. Najgorzej jak idą trzy chmury, od Paproci, Zęzowa i Łopienia. Raz pamiętam w nocy zebrała się wielka chmura, wiało ze wszystkich stron, już zaczynało grzmieć. Przylecieliśmy do kaplicy we troje. Chwytamy za sznurki od dzwonników, a tu nic. Nie można ich ruszyć. Przecież one nie są duże, w pogodny dzień to i dziecko je rozkołysze, A my trzymamy, ja, mąż i syn. Ciągniemy ile sił. Dopiero po chwili dało się lekko ruszać oboma dzwonkami. Pociągnęliśmy raz, drugi, trzeci i zadzwoniło. Wtedy poszło już lżej.
– Rodzice z bratem dzwonili, a ja biegałem patrzeć na niebie – ciągnie opowieść Maria Dubowska.
– Najpierw zaczęło się rozjaśniać nad kapliczką, potem coraz dalej i dalej, aż w końcu burza odeszła.
Moskalowie nie próbują wyjaśniać fenomenu kaplicy, która stoi obok ich domu. Tak po prostu było zawsze. Jak szła burza, to ktoś musiał dzwonić i rozganiać chmury, Podobno kiedyś próbował to wytłumaczyć jakiś naukowiec, opowiadał coś o falach elektromagnetycznych i tym podobnych zjawiskach.
Miejscowi niewiele z tego wiedzieli. Dla nich było ważne, że to działa.
Obcięty chór
Dzwony przywędrowały tu z Loreto we Włoszech. Święcił je papież Pius, ale który nie pamiętam zastanawia się Janina Moskalowa.
Długo jeszcze przed pierwsza wojną. Kolej nawet tędy nie chodziła, bo potem, jak za Franciszka Józefa budowali tu tory, musieli obciąć chór w kaplicy, bo szyny się nie mieściły. W zamian kolej opiekowała się kaplicą, dawała na remonty i utrzymanie. Nawet jeszcze trochę po drugiej wojnie, a później komuna kolejarzom zabroniła. Chociaż i tak sentyment pozostał, a i nasza Matka Boska Pocieszania o kolei nie zapomniała.
Do dziś Moskalowie dokładnie pamiętają, jak w latach siedemdziesiątych prawie pod kaplicą wykoleił się pociąg. Z jednej strony torów głęboki dół, a drugiej ściana zbocza. Wagony zachwiały się i wszystkim wydawało się, że runą na drogę kilkanaście metrów niżej. Pociąg był pełen ludzi. Nagle wszystko się odwróciło i skład łagodnie przechylił się na drugą stronę i położył na trawiastym zboczu góry. Nikomu nic się nie stało.
Pasażerowie przyszli tu do kaplicy dziękować Matce Bożej – mówi Walenty Moskal, syn pani Janiny. – To niejedyny cud, który się tu wydarzył.
Wota przy obrazie na ołtarzu kapliczki świadczą o wdzięczności wiernych.
Władza ludowa przymykała oko
Kaplica drażniła władzę ludową. Niektórych sekretarzy w powiecie bolało, że ludzie wierzą w cudowną moc dzwonków loretańskich. Do Tymbarku przyjeżdżali biskupi odprawiać nabożeństwa przy torach kolejowych. Na dodatek ludzie z innych wsi protestowali, że rozgonione burze idą do nich.
– Takle dzwonki przed wojną były w okolicy – stwierdza Moskalowa.
– Choćby w Limanowej. Nie wiadomo co się z nimi stało. U nas były trzy, ale Niemcy jeden zabrali. Komuna też nie rozpieszczała, chociaż z miejscowymi nie było tak źle. Był w Tymbarku taki sekretarz Mielnicki, niby zabraniał wszystkiego, ale jak przyszło co do czego, to przymykał oko. Udało im się tylko zabronić procesji na dni krzyżowe, co szła tu z kościoła parafialnego.
Kult jednak nie zanikł zwłaszcza, że jeden z wizytujących to miejsce biskupów stwierdził, iż obraz Matki Bożej Pocieszenia znajdujący się w kaplicy jest cudowny.
-Á jak ma nie być, kiedy tyle Najświętsza Panna pomaga ludziom – dodaje Janina Moskalowa.
.- W wojnę była taka nauczycielka, Kruczyńska się nazywała, Jej maż był w AK. Razem z innymi Niemcy go aresztowali i zabrali do Sącza.
Chodziła tu co dzień i modliła się kilka godzin. Wszystkich rozstrzelali, a on wrócił do domu. Do końca życia przychodziła tu co dnia się modlić.
Łakomy kąsek dla złodziei
Nie wszystko było tak piękne. Zabytkowe obrazy, na których łacińska inskrypcja jest trudna do odcyfrowania , nawet dla księży, wabiły złodziei.
Włamywacze mieli nadzieję też na bogate wota wiszące przy obrazie na ołtarza.
– Raz weszli do zakrystii przez to okienko, w którym dziecko się nie mieści – opowiada Walenty Moskal.
– Potem założyliśmy kraty.
Moskalowie co jakiś czas malują ściany kaplicy. Przed laty na klepisku położyli podłogę. Potem dach trzeba było zrobić. Prąd też doprowadzili od swojego domu, blisko, ledwie kilkanaście metrów. Ludzie pomogli, czasem ktoś dał parę groszy, ale to na msze zanosiliśmy do kościoła parafialnego – uśmiecha się pani Janina.
-Wszyscy lubią to miejsce i naszą Matkę Boską. Trzeba widzieć ile tu ludzi przychodzi na majówki, albo na uroczystą mszę na dożynki.
Dbam o kaplice pól wieku, ale moja rodzina ma jej co zawdzięczać.
Andrzej ZARYCH
Fot. Autor

Kapliczka nadal spełnia swoją rolę. Gromadzi ludzi na nabożeństwa majowe oraz odmawianie różańca św. w październiku. Odprawiane są tu też Msze św. w podziękowaniu za urodzaje oraz w tzw. Dni Krzyżowe.
Poniżej wspomnienia, jakie zostały utrwalone w maju 2018 roku na portalu Tymbark.in:
„Dzisiaj, w środę, w ostatni dzień Dni Krzyżowych (9.05.2018 r.) parafianie parafii Tymbark ( z księżmi: proboszczem Janem Banachem, prałatem Edwardem Nylcem oraz ks.Michałem Leśniakiem), ale również parafii Podłopień (z ks.proboszczem Wiesławem Orwatem) , procesyjnie przybyli do kapliczki „Na górach”. Tam została odprawiona Msza Św. Po jej zakończeniu wierni szybko rozeszli się do swoich domów, gdyż nad Tymbark nadciągała burza, ale …. burzy oczywiście nie było. Gospodarz miejsca, czyli Pan Walenty Moskal, do tego nie dopuścił (podobnie jak wczoraj, kiedy to czuwał i dzwonił do ok.23.). Idąc w ślady swoich rodziców (Państwa Janiny i Piotra Moskalów) uruchomił znajdujące się w wieżyczce kapliczki tzw. dzwonki loretańskie, wierząc, że ich dźwięk rozpędzi chmury niosące zagrożenie. Jak potem (czyli po upewnieniu się, że niebezpieczeństwo minęło i można było zakończyć dzwonienie) powiedział Pan Walenty rodzina Moskalów opiekuje się kapliczką od ponad 60 lat. On sam, od najmłodszych lat, towarzyszył mamie, która dzwoniła, kiedy nad Tymbark nadciągały burzowe chmury. Pozwala też i jemu. Potem czasami wyręczał mamę, szczególnie w godzinach nocnych. Pomagała też, zmarła niedawno, siostra Małgorzata. Kapliczka była odnawiana w latach stanu wojennego (Pan Walenty wspomniał jak milicjanci, którzy interesowali się tym co się tam dzieje – gdyż malarz pracował wieczorami – milcząco pozwalali i nie przeszkadzali). Zmieniono też pokrycie dachu (blachę ofiarował mieszkaniec osiedla). Na pytanie, jak to się stało, że kapliczka nazywa się „Na górach”, kiedy to wręcz przeciwnie stoi u podnóża góry Zęzów, Pan Walenty wytłumaczył, że jeszcze stosunkowo w niedalekiej przeszłości osiedle to nazywało się „Zamieście”, ale on już urodził się, kiedy zmieniono nazwę osiedla na „Na górach”. Stąd kapliczka od nazwy osiedla.”













zdjęcia z 2018 roku Rolanda Mielnickiego

zdjęcie: IWS













