„Oddanie broni” Przemysława Bystrzyckiego – opowieść o roli jaką odegrała ludność naszych okolic podczas II wojny światowej

Przemysław Bystrzycki w 1999 roku wydał książkę „Oddanie broni”.  Jest to autobiograficzna opowieść o walorach dokumentalnych. Autor, oficer łączności specjalnej, Cichociemny. Jeden z wyszkolonych i przerzuconych do Polski żołnierzy ze specjalnością w dywersji, łączności oraz wywiadzie.  Przemysław Bystrzycki był w łączności. W grupie zostali zrzuceni w listopadzie 1944 roku w Beskidzie Wyspowym. Celem ich było utrzymanie łączności radiowej ze Sztabem Naczelnego Wodza w Londynie, w ramach powstającego antysowieckiego podziemia, po ustąpieniu Niemców i rozwiązaniu Armii Krajowej.

Mogli oni działać  dzięki temu, że pomagała im miejscowa ludność. Mieszkali też na Podłopieniu, w chałupie pod Rydznikiem, jak też pod Kostrzą. Pomocą służyła min. rodzina Drożdżów (rodzina Pani Genowefy Drożdż-Kęska z Tymbarku), Owocarnia z inż. Józefem Markiem i inni.

Przemysław Bystrzycki napisał „Oddanie broni” w podziękowaniu za wszelką pomoc, dobroć, poświęcenie i narażenie życia, jaką doświadczyli Cichociemni od  mieszkańców Beskidu Wyspowego.

O autorze: ur. 23 maja 1923 w Przemyślu, zm. 7 października 2004 w Poznaniu – podporucznik, pisarz, dziennikarz, oficer Wojska Polskiego, Armii Polskiej gen. Andersa, Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, Armii Krajowej, Delegatury Sił Zbrojnych na Kraj, dowódca radiostacji 1 Pułku Piechoty Strzelców Podhalańskich AK, żołnierz wyklęty, więzień NKWD, sowieckich łagrów: Panowka, Kuszmurun (1940-1941), cichociemny. W dniu wybuchu wojny miał 16 lat; w dacie skoku do Polski 31 lat. Syn inżyniera, wiceprezydenta Przemyśla. (powyższe informacje z portalu: Cichociemni elita dywersji,)

Zacytuję fragmenty powieści. Dzisiaj pierwszy. 

Broń oddaliśmy w Górze św. Jana, małej podtymbarskiej miejscowości z czerwoną wieżą kościoła. Beskidzki powsinoga znalazłby tam przytulisko. Przygarnęli i nas, kiedy zeszliśmy z gór: spływaliśmy obrzeżami Szczawy, a Szczawa to koniec świata, gdzie już nie ma nic, tylko lądowiskowe darnie i partyzancki las; wpłynęliśmy małym oddziałem liczącym osiemnastu ludzi (w tym trzy kobiety), wydzieleni z 1. pułku strzelców podhalańskich Armii Krajowej, z 1. baonu tegoż pułku. Grupa nazywała
się „Pelikany”. Równie dobrze tę garstkę ludzi mogli nazwać Marabuty albo Flamingi. Dlaczego ,,Pelikany”? Nazwa zapożyczona z wojskowej gwary, utrwalona przez czas, nacechowana ironią i humorem nie pozbawionym złośliwości. ,,Pelikany” stacjonowały na skraju gorczańskiego ubocza, roztoką spływał potok. Tą roztoką-wąwozem Niemcy próbowali podejść w czasie,,kampy”. Nastąpiła ewakuacja. Część zrzutowych pieniędzy odwiozłem wcześniej ze strzelcem na furze dokądś tam; to, co
zostało u ,,Pelikanów”, starczyło na zawrót głowy: pół miliona zrzutowych dolarów. Skoczkowie, radiostacja dla łączności krajowej, druga dla łączności z Włochami, z Wielką Brytanią. Owi skoczkowie kwaterujący w pułku po zrzucie na polanie po drugiej stronie rzeki Kamienicy i wsi Szczawa w oczekiwaniu na przydziały, radiowy „punkt gry”, pieniądze – wszystko to w partyzanckich oczach dodawało grupie prestiżu, oddzielało grupę od batalionu, napawało dumą. Cóż:,,pelikany, pelecanidae, rodzina ptaków z rzędu wiosłonogich; 6 gatunków; długość 127-183 cm;[…] upierzenie białe, brązowe lub szare; dziób duży, prosty, ze skórzastym workiem; nogi krótkie, palce spięte błoną; żywią się rybami; gniazda w koloniach, zwykle na bagnach, w trzcinie lub na piaskach, skalistych
wybrzeżach…”*
Mieszkaliśmy w chałupce beskidzkiego górala, nogi mogły nam się skrócić od długich marszy, beskidzkie podejścia są szczególną uciążliwością dla mięśni. Pogoda mogła nas oblec w biel. Brakowało skórzastego
worka i palców spiętych błoną. Encyklopedyczny zapis najmniej dotyczył naszych dziobów; za to wśród mrocznych gór srebrzonych świerczyną ruszyłoby się po słońce – po słońce i na piaszczyste wybrzeże… Pakowaliśmy majdan, z roztoki wędrowały cienie, szliśmy w północne lasy.
Broń oddaliśmy w Górze św. Jana. Kompanie podhalańskiego baonu, po przebiciu niemieckiej zapory, ruszyły w swoją stronę. „Pelikany” wędrowały oddzielnie. Znaleźli krótki popas u „,Florka” – starego kompana, leśnego żołnierza; chałupa jak gospoda, oddana służbie, ze skrzynką kontaktową, usadowiona ,,na dziale”. Stamtąd to już w dół, cały czas ino w dół, do Słopnic Szlacheckich, do Słopnic Królewskich – dwie wsie zlane w jedną, podwójnym ciągiem nieprzytomnie długie.
Dopiero z soboty na niedzielę, wieczorem, zaszliśmy do chałupy. Śnieżyło. Wszystko to zatarł czas – pamięć utrwaliła skutki, nie zachowała ani przyczyn, ani procesu. Stanęliśmy nad drogą, odległą o pół kilometra. Nie odnalezioną na mapie. Był to pewnie trakt z Podłopienia do Tymbarku.
Marsz nocą omrocznionym lasem w bieli stoków – zamazana topografia pochodu, jakiż plan mógł pomóc w takim miejscu. Tylko dalekie światełko, jak świętojański robaczek – zanikające, nierzeczywiste. Rzeczywiste było zmęczenie, chrobot broni, cmokanie woźnicy na konia u fury, szept cichych komend dla wysuwanej szpicy. Straż przednia wracała, meldowała równie po cichu: nic nie widać, droga chyba wolna. Ruszamy!
W sobotę 20 stycznia 1945, późnym wieczorem stanęliśmy nad tą drogą. A wokół tylko śnieg, schronienie ze śniegu, trakt ze śniegu i śnieżni ludzie. Znów padało. Zasłonił się nam ostatecznie cały świat: nam, zmęczonym, opuszczonym w beznadziei odwrotu. Niby to po zwycięskiej walce – akurat sprzed tygodnia – tyle że pole bitwy nie zostało przy nas.
Sowiecka ofensywa odepchnęła od naszych leży wojska generała Harpego, które z trzech stron zachodziły siedzibę batalionu na gorczańskich uboczach. Frontowy żołnierz nacierał dobrze, wspomagany oddziałami SS.

Niemcy mieli pięciokrotną przewagę nad naszą obroną. Po całodziennej walce szykowała się trudna noc: zrzutowe zasobniki umieszczone w tartaku nad rzeczką Szczawą stanowiły główny powód troski: jak wobec groźby zajęcia terenu przez Niemców wycofać te ciężary? Pochodziły z trzech kolejnych zrzutów…
Ewakuacyjny odwrót rozpoczęto po dwudziestej czwartej, wiódł na północ. Ostatecznie ,,Pelikany” zostały oddzielone od reszty dla łatwiejszego przemknięcia małym oddziałem pomiędzy obcymi.
 
Po tygodniu  kluczenia, marszów i kontrmarszów, znaleźli się w rzeczonej chałupie zakutanej w śniegu. Stała pod lasem. (Informacja późniejsza: to miejsce nazywało się Rydznik). Zapewne grzybne lasy szły aż pod Łopień. Krótkie, czteromiesięczne lato narzucało pośpiech w korzystaniu z darów natury – nie wszystkie zboża zdążyły dojrzeć, jeszcze jęczmień-orkisz, żyto, a i pszenicę zbierano; sam późny owies znoszono z pólek w deszcze, bywało we wczesne mrozy, śniegi. Rydznik. Jagody i grzyby na zupę.
Zacierka na chudym mleku, w Wielki Post zacierka tylko na wodzie, czyli,,hartowana”. Górale opadali z sił. W tych stronach chleb nie był chlebem naszym powszednim…
Dali nam izbę, sami usadowieni w kuchni. Miejscowy zwyczaj: gość zawsze na lepszym, choćby nawet kosztem gospodarzy. O świtaniu mróz zelżał. Końskie kupy na śniegu rozlewały ślad, puch stracił lotność; kapało z dachu; słońce! – mroczna odwilż to za mało. A mrok trwał przez resztę dnia.
 
Rano ,,po dziale” szły ciurkiem baby do kościoła; szeregi chwilowo prześwietlone roztartą przez biel pomroką. A jednak słońce nie pokazało się, dzień znów się zasępił. Patrzyłem spod chałupy na ten kościelny korowód, osobliwy akt prawdy, akt niedzielnego obowiązku. Wojna-nie-wojna -tamtych ludzi, białych gorczańskich górali*, nie złamała nawet wielowiekowa bieda – cóż tu mówić o kilkuletnim hukaniu partyzantów po lasach. Pacyfikacje: mordowanie cywilów, palenie wsi – tak było! A więc: wędrówki na odległe góralskie msze. Odprawiane w kościółkach leciwych, drewnianych, jak w Jodłowniku, w kościołach już murowanych, jak w Górze Św. Jana – to ten z czerwonym szpicem. Tak oto – pacyfikacje powodowały grupowanie się w lasach uzbrojonych ludzi, otwierały wrota kościołów.
Być może odwrót oddziałów niemieckich nie został w porę przez nas dostrzeżony, przeszkodziła,,kampa”. Co prawda u ,,Florka” sowieccy partyzanci od Zołotara napomykali o szybkim terminie ofensywy. Ale to była wieść partyzancka, a wieść partyzancka składała się z prawdy, z pobożnego życzenia, i ze zmyślenia. Jeżeli z biegiem lat prawda wyparuje, a pobożne życzenie ujdzie z westchnieniem w niebiosa lub zostanie zapomniane-wtedy zmyślenie zajmie całą przestrzeń przekazu. Inaczej – należałoby nie zatrzymywać się w podleśnej chałupce, pomimo utrudzenia, jeno dalej, póki czas, Rydznik opuścić lub w ogóle tam nie wstępować, chronić kości od odpoczynkowego rozleniwienia. Schodzić ku drodze.
Teraz tą drogą jechały niemieckie transporty. Zaczęło się przed obiadem. Szły tam straże przednie – to ubezpieczenie marszowe wydawało się raczej przeciwpartyzanckie niż frontowe, czyli sformowane dość lekkozbrojnie. Wozy bojowe Harpego skupiły się, kiedy zapadł zmrok: napór – jak później wyszło na jaw – armii gen. Pietrowa, posuwającej się na Jasło, wzrastał. Ruszył front od północy. I oto w gęstniejącej pomroce sunął przed nami niemiecki odwrót. Czekaliśmy na pełną ciemność. Nadeszła w ceremonialnym nadmiarze, przykryła stok, zespoliła śniegi. Zawisła odwilżową mgłą. Mogliśmy schodzić uboczem. Niżej, na stoku, tkwił pojedynczy domek. Domek stał jakieś sto metrów od drogi. Tam skok, tam poczekamy na lukę w transportach. Wąż pojazdów w końcu rozerwie się – siły główne dywizji czy pułku nie muszą, u licha, iść w sposób tak zwarty, by grupka osiemnaściorga, z koniem i wozem nie mogła przeskoczyć drogi
nie zauważona przez uchodzących.
Zahaltowano tylne koło u fury. Skosem, po śniegu, sunęliśmy w napięciu. Ci na drodze, jakby zajęci sobą, nie dostrzegali nas. Może nie chcieli nas dostrzec. Komuż byłoby na rękę wdawanie się w partyzancką palbę -ani im, ani nam; im siedział na karku miażdżący sowiecki wał; nam spieszno było ujść z zamknięcia, chcieliśmy uratować zrzutowy sprzęt wieziony na furze: nowoczesne radiostacje AR-11, dar Polonii amerykańskiej dla Państwa Podziemnego, pieniądze w dolarowych pasach, broń; wreszcie chcieliśmy sami wyrwać siebie z zastawy – dla nas wojna nie skończyła się.

Dwa dni wcześniej Prezydent RP rozwiązał Armię Krajową, żołnierzy zwolnił z przysięgi, o czym nie wiedzieliśmy. Kadra miała zejść w głębsze podziemie, stworzyć nowe szeregi. Dla nas jednak wojna trwała nadal, istniała organizacja, broń wieziona przez konia zostanie użyta, sprzęt wojskowy, radiostacje uruchomione.
Zbiegaliśmy w ,,cieniu” chałupy, w geometrycznym rzucie, dzięki temu częściowo zasłonięci od strony drogi. Od lewej, z zakrętu, mogli nas dostrzec (jeśli ciemność nie przeszkodziła); tymbarski trakt robił tam zawijas, pętlą wpadał na mostek. Prawa strona była lepsza, gościniec biegł prosto ku Dobrej i niknął za wzniesieniem.
Dopadliśmy ściany budynku. Okoliczności sprzyjały nam – może owe rozciągnięcie niemieckiej kolumny, może zwiększona szybkość pojazdów. Jakby dla porządku czekaliśmy na reakcję z dołu: a nuż któremuś
z jadących ruchliwe kropki na śniegu obloką się w partyzanckie odzienie, strzępy mundurów, uzbroją… Mijały spokojne minuty, strzały nie padły. Koń chciał wystawić łeb zza pobielonego węgła, woźnica przytrzymywał kantar; dymem z papierosa dmuchał w chrapy, czego nie powinien był robić. A swoją drogą, partyzanckie zwierzę niech miarkuje ciekawość. Ciężko oddychaliśmy po biegu. Nad głową miałem okienko od obory kurnej chaty. Spojrzałem przez szkło, jakbym słyszał głosy wewnątrz, ale to nie było pewne. Było pewne, że głosy szły od strony traktu – szum ciężarówek; przeturlało się na oponach niemieckie działo p-lot. 88 mm; chrapliwe słowa, gdy cichły motory – rozróżniałem wtedy imiona męskie, przekleństwa…
Zmroczniało, mgła ustąpiła. Kolumna sunęła nieprzerwanie. O chwili skoku w poprzek drogi decydował ,,Tolek”, dowodził grupą; ,,Pelikany” miały mu być posłuszne, a szli z nami oficerowie o wyższych od ,,Tolka” stopniach, na przykład mój dowódca, mjr,,Prosty”, Adam Mackus. Narady, poszeptywania. Myślałem, jak dziś wieczorem uda mi się seans, gdzie i kiedy pogadam z bazą w Brindisi czy z radiostacją w Watford pod Londynem, Woźnica znów uspokajał konia wypoczęte przez noc i przez całe przedpołudnie po wczorajszym i przedwczorajszym, zwierzę ujawniało niespokojne usposobienie – taki harnaś.
o myśleli o nas gospodarze kurnej chaty, jeśli ktokolwiek był w środku? Tyle wiem – przywykli do leśnego wojska, zżyci z partyzantką na dobre i na złe. Tego dobrego było najmniej: ot, przepędzenie wrogiej ekspedycji zwanej karna; ale ekspedycja mogła przyjść większą siłą, odporną na ciosy „leśnych”, już jutro albo za miesiąc, a wtedy zostaliby na lasce losu. Żywili nas za bezcen, odejmowali sobie od ust, kwaterowali: dawali izby, sami zagnieżdżeni w kuchni przy nalepie; użyczali sprzężaju, w nowym terenie
użyczali przewodników, dostarczali informacje… W zamian nie dostawali nic, jakieś kwity, kwity bez rzetelnego zobowiązania skarbu państwa: na pomiętych papierkach oglądali wypisane kwoty na wieczne nieoddanie.
Miało regulaminowo płacić wojsko – bez regulaminu płacili oni: potem, trudem, łzami, krwią. Trudem heroicznym. To biali górale i beskidnicy z Beskidu Wyspowego: Szczawy, Tymbarku, Jodłownika… Do dzisiaj my wszyscy, każdy z osobna, w całej gromadzie jesteśmy dłużnikami-ich dłużnikami, niespłaconymi. Zatarcie pamięci o wielkim sercu beskidzkich ludzi jest zaniechaniem – wielką zniewagą sumienia.
Więc przywykli do „leśnych” – mieszkańcy chaty, służącej za osłonę, nie mieli potrzeby medytować: co, kto… Podnosili ducha w modlitwie, podobnie jak wielu z nas, jak owe kobiety drepczące po zaśnieżonym „dziale” na niedzielną mszę – żeby było już po wszystkim.
Z naszej strony żadnego interesu, aby z nimi pogwarzyć: nie szła obława żandarmów, więc po co z krowiną do lasu, przewodnik nam niepotrzebny: „Tolek” teren znał ekspedite. Noclegu, jadła nie szukaliśmy.
Pętla drogi od lewej raz po raz błyskała światłem – to światło odbierało szansę.
Zapaliłem papierosa. Ognia nie musiałem kryć w dłoni, osłaniała kurna chata. Podałem ognia Bronkowi Czepczakowi „Zwijakowi”, jeszcze raz spojrzałem w szybkę.
– Czy tam ktoś jest?…
-Kto to wie, pewnie jest…
Zastąpiłem konia przy węgle chałupy, obserwowałem drogę oddaloną na dwa rzuty kamieniem. W pomroce śnieg przytaił biel, budy straciły wyrazistość, ich kontury znikały na tle kępki drzew. Tylko ten szum, na zmianę: raz z wysiłkiem, raz lekko – szoferzy zmieniali biegi. Minęła godzina ukrycia, może więcej, nie patrzyłem na zegarek, teraz to niedobry doradca: upływ czasu niepokoił. Niepokoił, bo teren znałem słabiutko, tyle co z mapy. Jeszcze przed pierwszym lotem, a i przed drugim – zrzutowym, oficer operacyjny w przylotniskowym baraku w Brindisi pokazywał na dobrej wojskowej,,setce”: o tu, widzi pan, lądowisko, był pan tam kiedy na wakacjach? nie był, proszę nauczyć się na pamięć całego terenu;
więc placówki – główna, zapasowa, kontakt główny, jeśli zeskoczy się poza miejscem, kontakt zapasowy na plebanii… To wszystko nie miało teraz znaczenia. Wiedziałem: oto winniśmy ruszyć raz-dwa, w nocy kęs drogi został do zrobienia, mówiono o 25 kilometrach. Kiedy myślę o tym dziś, to wtedy winienem był nie rozumieć całej operacji. Niemcy wzięli nas w klincz. Od północy zastawa nie zamykała koła -prawda.