HISTORIA PIŁKI NOŻNEJ (55) – ze starych kronik Krzysztofa Wiśniowskiego

Rok 1990, w działalności Harnasia, był okresem wielu zmian. Na funkcję Prezesa Klubu zostaje powołany Jacek Pyrć długoletni zawodnik Harnasia. Jeszcze w kwietniu, po 25 latach gry w Harnasiu, karierę kończy Adam Urbański,  Na emeryturę przechodzi także, po 35 letniej działalności w Harnasiu, Trener i wychowawca  młodzieży Andrzej Sipak. Drużynę juniorów, którą trenował przejmuje szkoleniowiec Krzysztof Wiśniowski.

Ostatni mecz sezonu piłkarskiego 1989/1990, to pełen dramaturgii i zwrotów akcji pojedynek z Zawadą Nowy Sącz. Tymbarscy kibice oklaskiwali piękną grę i kolejny hat-trick  Mieczysława Kubatka.

23 czerwca 1990 rok,  mecz  Harnaś Tymbark – Zawada Nowy Sącz.

Skład: Andrzej Ćwik – Piotr Czyrnek, Mariusz Osiak, Wojciech Zborowski, Tomasz Majeran (65 min M.Olesiak) – Grzegorz Dziadoń, Jarosław Majeran, Ryszard Wroński – Krzysztof Wiewiórka, Wojciech Majeran, Mieczysław Kubatek. Rezerwowi: Maciek Olesiak, Witold Filipiak.

Wynik meczu 4:3  (2:0)

1:0  – 5 min … Mieczysław Kubatek

2:0  –15 min …Krzysztof Wiewiórka

3:0  – 51 min … Mieczysław Kubatek

3;1  – 60 min … strata po strzale nogą

3;2  – 67 min … strata po rzucie karnym

3:3  – 75 min … strata po strzale nogą

4:3  – 87 min …Mieczysław Kubatek

Po zakończeniu tego sezonu Harnaś zajmuje V miejsce w tabeli.

Dodatni stosunek bramkowy 40 : 26, zdobyte punkty 32.

cdn.

Foto nr 1.
Wojciech Majeran, aktywny w tym meczu, walczy z obrońcą ZAWADY

Foto nr 2.
Mieczysław Kubatek w tym meczu dobrze sobie radził z obrońcami ZAWADY zaliczając kolejny hat-trick.

Foto nr 3.
Wojciech Majeran odważną szarżą pacyfikuje obronę ZAWADY

Foto nr 4.
Krzysztof Wiewiórka strzelec gola w 15 minucie, ogrywa obrońcę ZAWADY.

Foto nr 5.
23.06.1990 r. Mecz HARNAŚ – ZAWADA …67 minuta meczu, rzut karny dla gości. Andrzej Ćwik wyczuwa kierunek ale mimo tego piłka ląduje w siatce

Foto nr 6.
Tabela Króla Strzelców – po zakończeniu sezonu piłkarskiego 1989/1990.


Foto nr 7.
Trener Andrzej Sipak po 35 latach przechodzi na emeryturę. Drużynę juniorów przejmuje Krzysztof Wiśniowski. Na trenerskiej ławie obaj trenerzy.

Zmarł ksiądz prałat Michał Kapturkiewicz, nasz Rodak. Parafia organizuje wyjazd na pogrzeb

„Uprzejmie zawiadamiam, że dnia 24.VI.br o godz. 7:30 otrzymam w Katedrze Tarnowskiej z rąk J.E. ks. Biskupa dr Karola Pękali święcenia kapłańskie.

Dnia zaś 1 lipca o godz. 10:30 w kościele parafialnym w Tymbarku złożę Bogu Pierwszą Ofiarę Mszy świętej, na którą, jak również na uroczystość prymicyjną do domu rodzinnego zapraszam. Michał Kapturkiewicz,  Diakon”.

Ksiądz Kapturkiewicz rozpoczął posługę kapłańską w Łużnej, następnie pracował w Bochni (parafia pw.św. Mikołaja Biskupa). W 1966 roku został wikariuszem w Domiosławicach, a  w 1967 ks. Michał został najpierw mianowany administratorem, a po roku proboszczem parafii w Domosławicach, godność tą sprawując do 2001 roku. 12 kwietnia 2001 roku w Wielki Czwartek Biskup Tarnowski ks. Wiktor Skworc nadał ks. Michałowi Kapturkiewiczowi tytuł Honorowego Kanonika Kapituły Katedralnej. Od 2002 roku był rezydentem parafii Domosławice.

Irena Wilczek-Sowa 

Na podstawie artykułu Kazimierza Dudzika, publikowanego w sierpniu 2016 r. na łamach portalu www.zakliczyn.info pod tytułem „Ksiądz Michał „Domosławicki”, z Podłopienia do Domosławic”. fot. St. Kusiak

Całość artykułu linki poniżej: 

http://www.zakliczyninfo.pl/index.php/parafia-domoslawice/791-ksiadz-michal-domoslawicki-czesc-1-z-podlopienia-do-domoslawic

http://www.zakliczyninfo.pl/index.php/parafia-domoslawice/793-ksiadz-michal-domoslawicki-czesc-2-pasterz

„Ze wszystkich słodyczy najbardziej lubił śledzie” – moje wspomnienie o śp. Profesorze Bogusławie Sowie

„Ze wszystkich słodyczy najbardziej lubił śledzie” – moje wspomnienie o śp. Profesorze Bogusławie Sowie

            Nauczyciel, pasjonat, miłośnik historii, zarażający nią swoich uczniów. Tak dał się poznać i zapamiętać profesor Bogusław Sowa. Chociaż posiadał tylko stopień magistra, swoją wiedzą historyczną dorównywał niejednemu profesorowi. Dla nas, uczniów szkoły średniej, zawsze był profesorem. I nie chodziło tutaj tylko o zwrot grzecznościowy stosowany na tym poziomie edukacji. Chodziło o szacunek dla mądrości i posiadanej wiedzy.

            Profesora Sowę poznałem w pierwszej klasie szkoły średniej w 2011 r.. Uczył nas krótko –  tylko przez jeden rok edukacji w I Liceum Ogólnokształcącym w Limanowej. Później byłem jednym z wielu, uczęszczających do Profesora na dodatkowe lekcje uzupełniające. Trochę zszokował wszystkich, kiedy na pierwszej lekcji historii w liceum polecił książki „schować do szuflady”. Po czym pokazał nam o wiele cenniejsze źródło wiedzy – podręczniki akademickie. To była jego metoda pracy – byliśmy humanistami, więc Profesor wzniósł nas na humanistyczno-akademickie wyżyny historii. Pokazał nieznaną dotąd stronę historii – rozważanej przez pryzmat nie dat i faktów, ale ciągów przyczynowo-skutkowych. Zadania domowe dotyczyły zawsze tematu przyszłego, dzięki czemu mógł z nami  rozmawiać na poziomie akademickim, sprawdzając jednocześnie naszą wiedzę. Nie można było bowiem mówić o kolejnych tematach, nie znając dziejów poprzednich, z których wynikały przyszłe. Chcąc, nie chcąc, trzeba było z historią się przeprosić. Dzięki temu sposobowi nauczania, można było historię polubić. Opowieść historyczna, którą snuł Profesor, była zawsze ciekawa, przepleciona anegdotą, uśmiechem i jakoś tak sama łatwo się przyswajała. Nieodłącznym atrybutem Jego pracy była mapa – obecna na każdej lekcji i na sprawdzianach. Testem z danego działu była zawsze rozprawa maturalna – dzięki czemu uczyliśmy się pisać tę trudną formę wypowiedzi, co przygotowało nas do matury rozszerzonej z historii.

            Profesor miał olbrzymie poczucie humoru i dystans do siebie. Do uczniów zwracał per „maestro”. Do dziś pamiętam wręczaną przez niego poprawioną pracę, z oceną niedostateczną i słowa, które do mnie skierował: „maestro, przypatrz się powołaniu swojemu”. Nawet zła ocena była wtedy łatwiejsza do przyjęcia. Gdy odpytywał przy tablicy i chciał zwrócić uwagę, że pytany idzie złą drogą, używał zwrotu: „bo zacznę kląć”, poruszając wtedy w charakterystyczny dla siebie sposób wąsem, noszonym z dumą. I wówczas delikwent miał szansę zrehabilitowania swojej odpowiedzi i wrócenia na właściwe tory. Przy czym sam nigdy publicznie nie używał wulgaryzmów, mało tego, walczył z nimi w mowie uczniów. Gdy ich mowa była „zbyt kwiecista”, nakazywał wybranie sobie pokuty, związanej oczywiście z lekcją historii.

            Profesor był niezwykle pomocnym i dobrym człowiekiem. Nikomu nie odmówił w potrzebie, dlatego uczniowie do niego lgnęli. Świadczyć o tym może chociażby liczba młodych adeptów historii, którzy uczęszczali do niego na korepetycje. Może to wydawać się dziwne – korepetycje z historii, ale były bardzo potrzebne. Profesor Sowa zgłębiał bowiem na nich te tajniki historii, na które nie było czasu na zwyczajnych lekcjach, pokazując przy okazji ponownie co z czego wynikało i dlaczego. A niesfornym uczniom prywatnym pokazywał stojący za szafą w dużym pokoju jego mieszkania rapier. Dzięki pracy w szkole i tym dodatkowym spotkaniom, na które mimo zapełnionego grafiku zawsze znajdował czas, miał „na swoim sumieniu”, jak zwykł powtarzać, wielu olimpijczyków i maturzystów, z naprawdę dobrymi wynikami.

            Profesor był szczery – zawsze. Ale nigdy nikogo nie skrzywdził. Nie tylko pokazywał pewne błędy, ale dawał również metody i porady, jak je naprawiać. Kochał historię, kochał Polskę i turystykę. Tymi wartościami zarażał wszystkich wokoło. Ostatni raz spotkaliśmy się w sierpniu 2018 r., na Łopieniu, na złazie. Spytał mnie wtedy: „a kolega to kiedy mnie odwiedzi?”. Niezobowiązująco się umówiliśmy, że na pewno przyjadę, albo do mieszkania w  Tymbarku, albo „na ranczo”, jak nazywał swój dom rodzinny, położony pod lasem. Niestety, nie zdążyłem… Sierpniowe górskie spotkanie było naszym ostatnim. Pozostała tylko krótka rozmowa telefoniczna przy okazji życzeń bożonarodzeniowych. Wiadomość o Jego śmierci zwaliła mnie z nóg. Jak to, On? Z Jego planami na życie, z Jego pomysłami, z Jego werwą życiową? Nie, to nie możliwe. A jednak. Widać, Profesor miał również swoje szczególne miejsce w planie Pana Boga. Ostatnie zadane mi pytanie, kiedy Go odwiedzę, brzmi w mojej głowie za każdym razem, gdy przyjeżdżam na tymbarski cmentarz, gdy podchodzę do grobu Profesora.

            Gorliwość i zaangażowanie społeczne Profesora ukazana została podczas pogrzebu. Żegnały go, oprócz rodziny niezwykłe tłumy – uczniowie, koledzy i koleżanki nauczyciele z różnych szkół, przyjaciele historycy. Żegnał go proboszcz tymbarskiej parafii, ks. dr Jan Banach, zwracając się również per „Profesorze”. 

            Profesor Bogusław Sowa kojarzy mi się jeszcze z jedną rzeczą. Z niepowtarzalnym stylem ubioru. Kapelusz i oryginalny, niebanalny krawat, najczęściej ze słonecznikami lub postaciami z bajek. Całości dopełniała skórzana aktówka (niejednokrotnie dwie), z materiałami historycznymi.  To cechy, które zdecydowanie wyróżniały Go na ulicy.

            Płynność języka, talent aktorski, ogromna wiedza historyczna i niebanalne poczucie humoru – te cechy wskazałbym jako pierwsze, gdyby ktoś na ulicy zapytał mnie o Profesora Bogusława Sowę. A powiedzenie, które umieściłem w tytule niniejszego wspomnienia, o śledziach jako słodyczach, jest dzisiaj legendarne i krąży wśród uczniów i absolwentów Jego kursów historycznych. W całości oddaje Jego postać, nieco rubaszną, nieco sarmacką, podkreślaną noszonym z dumą wąsem. Tak go pamiętam i tak wspominam w pierwszą rocznicę śmierci.

            Na koniec chciałbym podziękować Profesorowi, za ukształtowanie mojego podejścia do historii. Dzięki Niemu zrozumiałem, że historia to jest ten kierunek, ta dyscyplina, którą chcę uprawiać. Pamiętam, jak Profesor ucieszył się, gdy powiedziałem mu, że zostałem przyjęty na studia doktoranckie z historii właśnie. Oraz że wcześniej ukończyłem archiwistykę, która również leżała w Jego kręgu zainteresowań.

Tak po prostu, tak po ludzku, Profesorze, dziękuję.

Adrian Cieślik

śp.Bogusław Sowa (archiwum rodzinne Sowów)

Nowa odsłona pomnika „Poległym i umęczonym za Polskę”

Ufundowany przez krakowski IPN orzeł został już zamontowany na tymbarskim pomniku „Poległym i umęczonym za Polskę”!

Orzeł został wręczony Wójtowi Gminy Tymbark podczas Gminnych Obchodów Dnia Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” w Tymbarku przez przedstawiciela IPN w Krakowie Pana Piotra Milczanowskiego (2.03.2020 w tymbarskiej bibliotece). 

zdjęcia: Tadeusz Rybka 

SPOTKANIA Z HISTORIĄ – KOLEKCJA PRYWATNA TYMBARK

 ALBUM Z DWORU 

 Leżąca pośrodku fotografia jest niewielka w porównaniu do znajdujących się obok dużo większych zdjęć formatu gabinetowego.  Rozmiar około 6,5 na 10,5 centymetra.  Sygnatura fotograficznego atelier, a na zdjęciu dostojna, nobliwa pani. Jedna z najstarszych, zachowanych do naszych czasów fotografii związanych z historią Tymbarku. Wanda z Dunikowskich Marszałkowiczowa – matka Jadwigi z Marszałkowiczów Myszkowskiej – dokładnie babka ze strony matki Zofii Myszkowskiej ( Turskiej ) – ostatniej dziedziczki majątku Tymbark. Oryginał z albumu  z dworu w Tymbarku. Fotografia z dedykacją dla wnuczki Zosi. Proszę zobaczyć co jest napisane na odwrocie tej niezwykłej fotografii.
 
 
„Kochanej mojej Zosi Babunia – Tymbark 1904”. Czarno na białym – dokładnie czarnym atramentem na odwrocie fotografii. Niezwykły artefakt – historyczna pamiątka – osobista dedykacja od babci dla wnuczki – Zosi Myszkowskiej. Spośród szczęśliwie ocalonych w moich zbiorach fotografii z dworu w Tymbarku, te dzisiaj pokazywane zdają się być szczególnie wyjątkowe. Datowania i nazwiska – rody Dunikowskich, Myszkowskich i Marszałkowiczów – ziemiaństwo, właściciele majątków i dworów, dawna szlachta – ba, można śmiało powiedzieć arystokracja Ziemi Limanowskiej na fotografiach, które są już tylko niewielkim, lecz jakże cennym śladem naszej dawno minionej, odległej przeszłości.  Proszę spojrzeć w jak doskonałym stanie zachowały się tu, u nas w Tymbarku, te wiekowe, a nawet grubo więcej mające lat, pamiątki. Oczywiście to zdjęcie z dedykacją jest tylko pretekstem do przyglądnięcia się dokładniej leżącym obok gabinetowym kartonikom.
 
 
 
Kiedy babunia Wanda pisała dedykację Zosia miała dokładnie dziesięć lat. Na kolejnej fotografii z 1908 roku Zochna zda się być dorastająca panienką – ma przecież czternaście lat, co w tamtych latach zobowiązywało już do poważnego zachowania i snucia życiowych planów za dobrą radą i przykładem rodziców, dziadków i babć. Panienka z dworu z warkoczykami – kochana wnuczka Babuni – przepiękna fotografia z dawnych lat. 
 
 
Rodzice, babcia i wnuki. Wielopokoleniowa rodzina na fotografii z końca XIX wieku. Proszę zobaczyć – wszystko jest opisane. Mama – Jadwiga z Marszałkowiczów Myszkowska. Tata – Józef Myszkowski. Babunia – Wanda z Dunikowskich Marszałkowiczowa. U dołu dzieci – ciągnący wózek najstarszy Ludek ( Ludwik Myszkowski ) – w środku Zosia ( Zofia Myszkowska ) i Jurek ( Jerzy Myszkowski ). Dzięki tym dzieciom można mniej więcej ustalić datę powstania tej fotografii. Najmłodszy Jurek urodził się w 1895 roku – tutaj jak widać ma góra roczek, półtora – fotografia wykonana w 1896 lub 1897 roku. Niezwykła pamiątka, dokument z naszej historii Tymbarku. W tym miejscu należy jednak dodać, iż nie jest opisane miejsce wykonania tej fotografii. Józef Myszkowski dopiero za jakiś czas zostanie prawowitym właścicielem dóbr Tymbark. Według źródeł dzieci urodziły się w Stubnie, jednym z majątków Myszkowskich. Takie jednak szczegółowe rozważania pozostawmy sobie na inne spotkania. Popatrzmy na to zdjęcie jako na dokument z dawno minionych czasów. 
 
Postacie, ubiory, stroje, upięcia włosów, jakieś drobiazgi. Dostojnie i grzecznie. Dokładniej można to zobaczyć na powiększeniach. Nawet to, że mała Zosia coś tam sobie dobrego podjada. Co z tego, że to zdjęcie z Panią Babcią. Przy Babuni można było nieco odstąpić od dworskiej etykiety. Jak widać tak już było od wieków. Zapraszam do kolejnych wspomnień i spotkań. Być może odnajdą się jeszcze inne dziewiętnastowieczne fotografie. Dziadek Zosi Myszkowskiej ze strony ojca był swego czasu jednym z najhojniejszych kolatorów kościoła w Tymbarku. Czy ktoś kiedyś widział jego oryginalną fotografię ?
 
” SPOTKANIA Z HISTORIĄ – KOLEKCJA PRYWATNA TYMBARK „

HISTORIA PIŁKI NOŻNEJ (54) – ze starych kronik Krzysztofa Wiśniowskiego

Niedziela 29 maja 1990 rok. Mecz HARNAŚ – GRĘBAŁOWIANKA Kraków.

Wynik 5:0 (0:0), dobrze i twardo grająca drużyna z Krakowa do 60 minuty meczu wierzyła, że wywiezie z Tymbarku przynajmniej jeden punkt. Jednak, kolejne minuty meczu rozwiały płonne nadzieje gości. Nastąpił a raczej eksplodował, popis strzeleckich umiejętności naszego napastnika Mieczysława Kubatka. Pięknie strzelone gole, hat-trick w 3 minuty i 5 bramek w ciągu 20 minut gry. Takiego wyczynu przez pierwsze 40 lat istnienia Klubu nikt nie dokonał, a i przez ostatnie 30 lat nikt nie powtórzył.

Gole padały:

60 min…  1:0 Mieczysław Kubatek,

61 min…  2:0 Mieczysław Kubatek,

62 min…  3:0 Mieczysław Kubatek,

73 min…  4:0 Mieczysław Kubatek,

81 min…  5:0 Mieczysław Kubatek,

Harnaś zagrał w składzie: Andrzej Ćwik – Wojciech Zborowski, Wojciech Majeran, Piotr Czyrnek, Tomasz Majeran – Ryszard Wroński (57 min J. Majeran) Grzegorz Dziadoń, Maciej Olesiak (75 min M. Osiak) – Mieczysław Kubatek, Krzysztof Wiewiórka, Andrzej Potoczny (75 min W. Filipiak).

Rezerwowi: Mariusz Osiak, Witold Filipiak, Jarek Majeran.

cdn.

Foto nr 1.
29 maja 1990 rok… mecz Harnaś – Grębałowianka Kraków.
Obie drużyny wychodzą na boisko w Tymbarku.

Foto nr 2.
Lokomotywa tymbarskiej ofensywy – Mieczysław Kubatek – w akcji

Foto nr 3.
Mieczysław Kubatek – jak zawsze w towarzystwie „opiekunów”

Foto nr 4.
Strzał z dystansu – oddaje Mieczysław Kubatek po prawej Krzysztof Wiewiórka z lewej Maciek Olesiak i Wojciech Zborowski

Foto nr 5.
Mieczysław Kubatek oddaje strzał z 16-ki, po prawej Bogdan Ślusarczyk z tyłu Grzegorz Dziadoń i Czesław Kordeczka.

Foto nr 6.
Mieczysław Kubatek w ścisłej asyście obrońcy Okocimskiego – Tymbark 1991 r.

Foto nr 7.
Nasz napastnik Mieczysław Kubatek oddaje grożny strzał, mimo ścisłego krycia obrońcy.

HISTORIA PIŁKI NOŻNEJ (53) – ze starych kronik Krzysztofa Wiśniowskiego

Rok 1990 – następuje zmiana na stanowisku Prezesa Harnasia, na miejsce dotychczasowego Ryszarda Skwarczka, Walne Zebranie Klubu Harnaś powołuje byłego zasłużonego zawodnika, Radnego Rady Gminy Tymbark – Jacka Pyrcia. Nowy Prezes funkcję swą będzie pełnił do 1993 roku
Dwa kolejne mecze rundy wiosennej, sezonu piłkarskiego 1989/1990, to bardzo dobra gra drużyny Harnasia. Następuje dalsza stabilizacja składu połączona z niewielkimi, aczkolwiek systematycznymi, zmianami osobowymi.
Sobota 5 maja 1990 rok. UNIA II Tarnów – HARNAŚ, wynik 0:1 dla Harnasia i kolejne trzy punkty tym cenniejsze że zdobyte na wyjeździe. Złotego gola zdobył Andrzej Potoczny.
Harnaś zagrał w składzie: Andrzej Ćwik – Piotr Czyrnek, Wojciech Majeran, Wojciech Zborowski, Bogdan Puchała – Grzegorz Dziadoń, Tomasz Majeran, Ryszard Wroński – Mieczysław Kubatek, Krzysztof Wiewiórka, Andrzej Potoczny.
Rezerwowi: Tadeusz Pyrc, Witold Filipiak, Z. Gomółka, Maciek Olesiak.
Kolejny dobry mecz Harnasia już w Tymbarku, choć pechowo przegrany był emocjonującym widowiskiem piłkarskim. Niedziela 13 maja 1990 rok. HARNAŚ – TAMEL Tarnów, wynik 1:2 dla gości.
Gole: 18 min (0:1), 35 min (0:2), 71 min (1:2) rzut karny – Wojciech Majeran.
Harnaś zagrał w składzie: Andrzej Ćwik (44 min – Tadeusz Pyrc) – Piotr Czyrnek,
Wojciech Majeran, Wojciech Zborowski, Bogdan Pychała (70 min Maciek Olesiak) – Grzegorz Dziadoń (44 min Wojciech Sitkowski), Tomasz Majeran, Ryszard Wroński – Mieczysław Kubatek, Krzysztof Wiewiórka, Andrzej Potoczny.
Rezerwowi: Tadeusz Pyrc, Wojciech Sitkowski, Maciej Olesiak.

cdn.

Foto nr 1.
Jacek Pyrć – świeżo powołany na funkcję Prezesa Klubu – kadencja 1990 – 1993

Foto nr 2.
13 maja 1990 r. Gra z drużyną TAMELU była ostra i brutalna. Leży powalony przez obrońcę, Andrzej Potoczny w środku, po piłkę biegnie Ryszard Wroński.


Foto nr 3.
13.05.1990 rok mecz z TAMELEM Tarnów – Piotr Czyrnek, pomimo asysty obrońców wrzuca piłkę na pole karne gości.

Foto nr 4.
13.05.1990 rok – boisko Harnasia – Grzegorz Dziadoń drybluje przed polem karnym tarnowskiej drużyny.

Foto nr 5.
Mecz z TAMELEM – Wojciech Majeran atakuje bramkę gości, niestety gol nie pada – stojący w bramce obrońca ręką wybija piłkę, sędzia tego faktu nie zauważa.

Foto nr 6.
Po brutalnym faulu Wojciech Majeran zostaje ukarany żółtą kartką.

Foto nr 7.
Harnasie schodzą po przegranym meczu: Wojciech Majeran, Bogdan Puchała i Wojciech Zborowski.